Demakijaż: hydrofilny balsam Chocolatte i balsam micelarny Natural secrets

Moimi ulubionymi kosmetykami do demakijazu, czy też po prostu pierwszego etapu oczyszczania, są olejki i balsamy z emulgatorem. Emulgator ułatwia spłukanie ich ze skóry po tym, jak połączą się ze wszystkimi zanieczyszczeniami i nie potrzeba już żadnych ściereczek czy gorącej wody i wszystkich ewentualnych skutków ubocznych takich działań, by cieszyć się czystą cerą.

OCM, czyli metoda oczyszczania samymi olejami nie jest dla każdego, o czym pisałam w poście wyjaśniającym jej zasady (klik). Szczególnie osoby z cerą wrażliwą czy naczynkową powinny zainteresować się dodatkiem emulgatorów, by nie narażać niepotrzebnie cery. Zatem oleje z emulgatorem czy też gęstszej konsystencji balsamy są moją ulubioną opcją mycia. Nie używam ich jedynie do demakijażu oczu, bo nie przepadam za filmem, który pozostawiają. Po kilku olejkach sięgnęłam w końcu po gotowe balsamy emulgujące, które dla Was teraz porównam.

Chocolatte, hydrofilny olej-balsam do skóry tłustej, limonka-żeń szeń

Pierwszy produkt przywiozła mi koleżanka z Białorusi i od razu zaznaczę, że niestety nie wiem, gdzie znaleźć go w Polsce. Plastikowy pojemniczek zawiera 60g balsamu, które trzeba zużyć w ciągu 18 miesięcy od daty produkcji. Produkt jest żółtozielonej barwy, podobnej do nieco mętnego oleju konopnego. Ma konsystencję świeżo przygotowanego budyniu, w dotyku półgęstego. Nabrany w palce i rozgrzany zmienia konsystencję na rzadszą, bardziej olejową i lejącą, a więc łatwiejszą do rozprowadzenia na skórze. Nakładam go na suchą skórę i wmasowuję w całą powierzchnię twarzy. Tylko dobrze rozgrzany pozwala na łatwą aplikację. Jeśli jest jeszcze dość gęsty, na początku daje opór, który jednak słabnie w miarę rozgrzewania i dzięki dobremu poślizgowi pozwala wykonać masaż łączący oleje z sebum, makijażem czy innymi zanieczyszczeniami. Na początku wyczuwa się jego cytrusowy, nieco cierpki zapach, ale ten po chwili słabnie i zupełnie nie przeszkadza podczas stosowania. Połączony z wodą świetnie emulguje, dając obfitą, biała emulsję. Łatwo usuwa się w ten sposób ze skóry, chociaż miewałam momentami wrażenie, że jednak coś na niej zostaje. Drugi produkt myjący oczywiście był zawsze w stanie temu zaradzić.

 

Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Brassica Juncea Oil  (olej z gorczycy), Nigella Sativa Seed Oil (olej z nasion czarnuszki), Glycerin&Aqua&Sucrose Laurate &Alcohol&Sucrose Myristate (tzw. Sucragel – emulgator), Chlorophyll-Carotene Paste (pasta chlorofilowo-karotenowa), Citrus Limon (Lemon) Oil (olejek cytrynowy), Citrus aurantifolia Swingle (Lime) Oil (olejek limonkowy), Zingiber Officinale (Ginger) Root Oil (olejek eteryczny z żeńszenia), Tocopherol (witamina E), Calendula Officinalis Extract (ekstrakt z nagietka), Citrus Limonium Extract (ekstrakt z cytryny), Hippophae Rhamnoides Extract (ekstrakt z owocu rokitnika), Macleaya Microcarpa Extract (ekstrakt z bokkonii)

 

Olej-balsam bazuje na oleju z pestek winogron dobrym do każdej cery, oleju z gorczycy działającym antyseptycznie i przeciwtrądzikowo oraz oleju z czarnuszki o właściwościach antybakteryjnych i łagodzących. Właściwości łagodzące podbijają ekstrakty z nagietka i rokitnika, które dodatkowo działają przeciwstarzeniowo i gojąco. Olejek eteryczny z żeń szenia poprawia krążenie, a także wraz z ekstraktem i olejkami cytrynowym i limonkowym oraz pastą chlorofilowo-karotenową wykazują właściwości przeciwłojotokowe, tonizujące i lekki złuszczające naskórek (cytrusy). Rolę emulgatora natomiast pełni tu naturalna mieszanka składników pod nazwą Sucragel, pozwalając na łatwe usunięcie olei ze skóry.

Olej-balsam z Chocolatte, jak wskazuje nie tylko nazwa, ale i dobór składników, jest dostosowany do cer tłustych, zanieczyszczonych, czy problematycznych. Wybrane oleje nie są ciężkie i wykazują szereg pielęgnujących właściwości cennych dla tego typu cery. Mnie szczególnie ciekawi owa pasta chlorofilowo-karotenową, bo pierwszy raz mam z nią styczność. Uzyskuje się ją z koron drzew iglastych bogatych w wit. D, E, K oraz karoteny i fitosterole żywicze, dzięki którym zwalcza bakterie, stany zapalne i nadmiar sebum. Prawdopodobnie to dzięki paście kosmetyk ma konsystencję bardziej przypominającą krem/balsam, niż płynny olej. Drugą nowością jest wspomniany emulgator, Sucragel, akceptowany przez organizację certyfikującą Cosmos. Naprawdę świetnie emulguje i będę go wypatrywać w kolejnych produktach, choć w tym momencie nie kojarzę ani jednego, który zawierałby go w składzie. Zarówno INCI balsamu Chocolatte, jak i działanie prezentuje się ciekawie, ale pewnie już do niego nie wrócę. Nie udało mi się go znaleźć w ofercie polskich sklepów, więc nie będzie o niego łatwo. Właściwie jest tu bardziej w roli ciekawostki – chyba że macie znajomych lub rodzinę w Rosji/na Białorusi, która pomoże Wam się zaopatrzeć. Wtedy na pewno warto dać mu szansę. Marka wyprodukowała go jeszcze w dwóch wersjach dostosowanych do potrzeb innych typów cery. Każdy słoiczek o wadze 60g kosztuje około 16 złotych, a u mnie spokojnie wystarczył na 3 miesiące. Wystarczy odrobina, by delikatnie i skutecznie wykonać pierwszy etap oczyszczania.

Natural secrets, micelarny balsam myjący len z drzewem różanym

 

Drugi produkt tym razem przyjechał do mnie jako jeden z kosmetyków do przetestowania ze sklepu Degustacja. Micelarny balsam Natural secrets został zamknięty w szklanym słoiczku o pojemności 100ml. Szklane opakowania uważam za świetne rozwiązanie, bo można z łatwością ponownie je wykorzystać, z drugiej strony są jednak problematyczne przez swoją tłukliwość. W tym wypadku, chociaż balsamu używa się podczas mycia, to jednak suchymi dłońmi, a więc ryzyko jest nieco zminimalizowane. Producent przewiduje 3 miesiące po otwarciu na zużycie tych 100ml produktu. Ja używam go już 2 miesiące, a jakieś 20ml odłożyłam koleżance i mimo to wydaje mi się, że nie zdążę go zużyć do końca. Wydaje mi się, że takie balsamy są po prostu bardzo wydajne, gdyż wystarczy odrobina, by po rozgrzaniu w dłoniach pokryć całą twarz. Dobrym pomysłem w tej sytuacji może być podzielenie się słoiczkiem z koleżanką, chyba że akurat same używanie takich produktów w dużych ilościach i jesteście w stanie dobić dna w te 3 miesiące.

 

Mangifera Indica Seed Butter (masło mango), Butyrospermum Parkii (masło shea), Grape Seed Oil (olej z pestek winogron), Olea Europea Fruit Oil (oliwa z oliwek), PEG-7 Glyceryl Cocoate (emulgator), Buxus Chinesis Jojoba Oil (olej jojoba), Linum Usitatissimum Seed Oil (olej lniany), Oryza Sativa (olej ryżowy), Tocopheryl Acetate (pochodna witaminy E), Aniba Rosaeodora Oil (olejek eteryczny z drzewa różanego)

 

O ile w rosyjskim produkcie nie było maseł, które obok wosków przeważnie robią konsystencję większości balsamów myjących, tutaj to właśnie one są bazą. Pierwsze w INCI znajdziemy mocno odżywcze i łagodzące masło mango, które pomaga odbudować cement międzykomórkowy i goić niewielkie ranki, natomiast o maśle shea nie będe się rozpisywać, bo poświęciłam mu już cały wpis, który jeśli macie ochotę, możecie zobaczyć tutaj – klik. Jak można się było spodziewać, dalej mamy kilka olei: z pestek winogron, jojoba, ryżowy, lniani oraz oliwę z oliwek. Ten miks akurat nadaje się do każdej cery – to raczej lżejsze oleje, o niskiej komedogenności, więc nawet osoby z dużymi problemami w tej kwestii nie muszą się obawiać. Oczywiście nawet w przypadku cięższych olei nie powinno to być zbyt problematyczne, bo balsam jest na skórze jakąś minutę, po czym zostaje spłukany. Co innego w przypadku produktów niespłukiwanych. Oleje z kompozycji działają kompleksowo: przeciwzapalnie, łagodząco, odżywczo, przeciwstarzeniowo, a także regulująco. Osobiście jestem olbrzymią fanką oleju jojoba, który był pierwszym w mojej pielęgnacji. Dzięki swojemu podobieństwu w budowie do naszego sebum pomaga regulować jego wydzielanie, a także uzupełniać barierę hydrolipidową skóry. Nadający mieszance kwiatowy, odrobinę drzewiasty, a nawet piżmowy aromat olejek eteryczny z drzewa różanego dodatkowo wykazuje właściwości antyseptyczne i dezodorujące. Funkcję emulgatora pełni tu natomiast PEG-7 Glyceryl Cocoate, czyli jedyna problematyczna w INCI substancja. PEGi powstają przy udziale tlenku etylenu (PEG – Polyethylene Glycol), którym mogą być zanieczyszczone, podobnie jak dioksanem. Obie substancje są toksyczne i rakotwórcze. W każdym razie wszystkie substancje przed dopuszczeniem do użytku są oczyszczanie i kontrolowane na wypadek zanieczyszczeń, jednak stuprocentowej pewności nie ma. Warto mieć świadomość takich zależności i samodzielnie decydować, czy chcemy używać takich kosmetyków. Jak widzicie, ja stosuję ten balsam, jak stosowałam też olejki z Biochemii urody, do których co jakiś czas wracam, a zawierają ten sam emulgator. Te kosmetyki pozostawiamy na skórze przez moment, a potem zmywamy, więc jakiekolwiek ewentualne ryzyko jest dodatkowo minimalizowane.

Balsam micelarny Natural secrets jest dość gęstej konsystencji, jak masełka do ciała na bazie shea. Przypomina formułą moje domowe mazidła, gdzie zachowuję proporcję około 40% masła na 60% olei. Mlecznobiałe mazidełko, po uprzednim rozgrzaniu w dłoniach, dobrze rozprowadza się na twarzy i pozwala wykonać oczyszczający masaż. Demakijaż oczu normalnie wykonuję płynem micelarnym, bo nie lubię uczucia tłustego filmu na oku wywoływanego przez oleju. Jednak aby móc opisać pełne wrażenia z używania produktu, wypróbowałam balsam micelarny także i w ten sposób. Przyznam, że nie było tak źle, jak się spodziewałam. Praktycznie nic nie dostało mi się do oczu, nie odczuwałam też żadnego pieczenia czy szczypania. Pod wpływem wody mieszanka emulguje dużo mniej imponująco niż olej-balsam Chocolatte. Nie tworzy tak białej, obfitej emulsji, ale ewidentnie zmywa się ze skóry. Jesli chcecie zobaczyć jak balsam zachowuje się podczas mycia, to w wyróżnionych relacjach na Instagramie zapisałam część mojej rutyny pielęgnacyjnej – demakijaż, oczyszczanie i peeling. Demakijaż wykonuję właśnie tym balsamem. Wszystko jest tutaj – klik.

Bardzo lubię oczyszczanie olejami, a balsamy są jednymi z moich ulubieńców. Oba opisywane produkty dobrze się spisywały, ale mają też pewne wady. Chocolatte niestety nie jest dostępne w Polsce, natomiast Natural secrets mogłoby być nieco tańsze. 45zł to nie jest bardzo wygórowana cena, choć za produkt myjący już nieco wyższa. Składniki nie są bardzo drogie, ale rozumiem też, że mniejsze firmy nie działają w skali jak ugruntowane na rynku, większe marki, których koszty są też przez to tym niższe, im większa produkcja. Jeśli lubicie oleje, to koniecznie wypróbujcie w swojej rutynie balsamy 🙂

 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o