Lwów w 3 dni. Co zobaczyć, gdzie zjeść? Podróż samochodem

W tym roku zdecydowaliśmy się kontynuować zwiedzanie naszych okolicznych sąsiadów. Rok temu była to Litwa, tym razem padło na Ukrainę. Ze względu na niezbyt wielką odległość wybraliśmy podróż samochodem. Zapraszam na podsumowanie organizacji wycieczki oraz opis miejsc wartych odwiedzenia.

Zacznę od strony praktycznej i organizacyjnej, a na koniec zostawimy sobie te przyjemniejsze elementy, czyli atrakcje Lwowa 🙂

 

Podróż samochodem

 

Na całą wycieczkę zaplanowaliśmy sobie 5 dni. Pierwszy i ostatni dzień przeznaczone na podróż z odrobiną zwiedzania oraz 3 pełne dni na Lwów. Sama droga z Warszawy do Lwowa liczy sobie 400 kilometrów i trwa około 6 godzin, nie licząc dodatkowych przystanków oraz oczekiwania na granicy. Koszt paliwa w naszym przypadku wyniósł około 300 złotych.

Wyszliśmy z domu o godzinie 9 rano, a dotarliśmy w okolicach 20. Po drodze zabieraliśmy dwie koleżanki, które podróżowały z nami, więc było nas czworo. Zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie na stacjach Orlen, aby zatankować, dokupić różne drobiazgi i zabrać kawę, która jest tam naprawdę dobra. Zawsze w trasie zatrzymujemy się na Orlenach, właśnie w dużej mierze ze względu na kawę 🙂 Od jakiegoś czasu mają także opcję zimnego mleka (świetne latem!), chociaż to zależy od ekspresu, który akurat posiadają. Dodatkowo po drodze odwiedziliśmy rodziców męża na niedzielny obiad, a więc czas podróży nieco nam się wydłużał. Droga powrotna trwała około 12 godzin, ale z innego powodu, o którym przeczytacie poniżej.

 

Potrzebne dokumenty

 

Ukraina NIE jest w Unii, więc potrzebujemy nieco więcej dokumentów niż zazwyczaj.

  • paszport

Skoro to nie Unia, każdy podróżny musi mieć ze sobą paszport, także dzieci.

  • ubezpieczenie zdrowotne

Zalecane jest wykupienie ubezpieczenia, nawet na krótki wyjazd. Nigdy nie wiadomo, co się może stać, a w kraju poza UE może być dodatkowo trudniej. Straż graniczna może sprawdzać, czy je posiadamy, ale podobno zdarza się to bardzo rzadko. To koszt w okolicach 20-80 złotych, zależnie od wybranej opcji oraz naszej historii chorób.

Ze względu na podróż samochodem także:

  • dowód rejestracyjny
  • zielona karta

To ubezpieczenie OC ważne poza granicami kraju – Międzynarodowa Karta Ubezpieczenia Samochodowego. Zawiera podstawowe informacje o samochodzie – marka, numery, właściciel oraz termin ubezpieczenia. Rubryki są w języku polskim i angielskim. Kartka rzeczywiście jest zielona, jak zobaczycie nieco niżej. Ubezpieczyciel powinien ją wydać bezkosztowo. W przypadku, gdyby nie udało się jej zdobyć wcześniej, da się ją kupić na granicy. Więcej informacji o karcie znajdziecie na blogu Kawiarniany – klik, który pomógł mi się przygotować do wyjazdu. 

 

Kolejne pozycje są obowiązkowe jedynie w przypadku, gdyby żaden z pasażerów nie figurował jako właściciel lub współwłaściciel wozu. Tak niestety było w naszym przypadku.

  • notarialne upoważnienie do używania samochodu

Właściciel samochodu musi upoważnić jednego z kierowców do używania samochodu, a następnie podpisać je w obecności notariusza, który poświadcza tożsamość tej osoby zgodnie z prezentowanym dokumentem. Koszt całej procedury wynosi jakieś 26 złotych. Przykładową treść takiego upoważnienia znajdziecie tutaj – klik.

  • tłumaczenie upoważnienia na ukraiński

To strona ukraińska będzie sprawdzała, czy posiadamy takie upoważnienie, a więc musimy mieć również tekst w ich języku. Tłumacz przysięgły tłumaczy dokument z wersji oryginalnej, którą mu pokazujemy. Trwa to zazwyczaj 1-2 dni, zależnie od zajętości tłumacza, a kosztuje około 60-100 złotych. Kwota zależy od stawki za stronę tłumacza oraz samej liczby stron tłumaczenia, jakie ostatecznie wyjdą. Strona tłumaczenia przysięgłego zawiera zgodnie z ustawą 1125 znaków ze spacjami. To, że mamy 1 kartkę tekstu NIE oznacza, że tyle będzie tłumaczenia. Tłumacz liczy znaki tekstu docelowego i to za to nas rozlicza. Lista tłumaczy przysięgłych znajduje się na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych – klik. Można ją filtrować pod kątem zarówno języka, jak i miejscowości. Jeśli ktoś będzie potrzebował, mogę polecić kilku tłumaczy z Warszawy.

Zielona karta i talon graniczny

Procedura na granicy

 

Mamy dokumenty, dojeżdżamy do granicy i tu może być różnie. Wybraliśmy przejście Hrebenne – Rawa Ruska. Opisywane jest jako jedno z nowocześniejszych i dość sprawnych w przepuszczaniu podróżujących. Stan przejść jest do sprawdzenia przez Internet m.in. na tej stronie (liczba pojazdów) – klik oraz tutaj (czas oczekiwania). Aktualizacje odbywają się co kilka godzin, ale mogą być nie do końca zgodne z prawdą. W rzeczywistości trudno wyczytać z tych stron, ile będzie trwało oczekiwanie. Jeśli jakieś pojazdy oczekują PRZED przejściem, albo w ostatniej godzinie przepuszczono mniej samochodów, niż wynosi projektowana zdolność przejścia, to raczej sobie poczekamy.

Podczas przejazdu na Ukrainę wszystko trwało 2,5 godziny, a w drodze powrotnej już 4,5. Trochę już odchodziliśmy od zmysłów, bo oczekiwanie okropnie nam się dłużyło i jakoś nie mieliśmy szczęścia, bo pasy obok nas kilkukrotnie pustoszały, a my się nie ruszaliśmy. Tiry i autobusy wjeżdżają oddzielnymi pasami, dla osobówek też są przewidziane dwa, ale trudno ocenić, który w jakiś sposób będzie lepszy, bo napisy informacyjne mogą się zmieniać i pas oznaczony jako EU może stać się All passports. Chociaż czas jazdy do Lwowa wydaje się stosunkowo krótki, to drugie tyle można spędzić na granicy.

Procedura odprawy na granicy po polskiej stronie nie jest skomplikowana, szczególnie w tamtą stronę. Kiedy już wjedziemy na pasy prowadzące do budek strażniczych, samochód jest pobieżnie przeszukiwany oraz oddajemy paszporty i dowód rejestracyjny strażnikowi, który przechodzi wzdłuż pasów i zbiera je ze wszystkich samochodów. Tutaj znowu trzeba poczekać, bo zebranie pakietu paszportów, a następnie sprawdzenie ich prawdziwości trochę trwa.

Po zwrocie paszportów przejeżdżamy do części ukraińskiej i tu zdecydowanie jest bardziej skomplikowanie. Tutaj przy bramkach otrzymujemy specjalny talon graniczny, na którym strażnik wpisuje numery rejestracyjne samochodu oraz liczbę osób, które się w nim znajdują. Musimy go pilnować, by nie nabawić się nieprzyjemności!!! Następnie idziemy z karteczką i wszystkimi wymienionymi wcześniej dokumentami do okienka kontroli, które może znajdować się z innej strony, niż stoimy. Tak było w naszym przypadku i trochę nam zajęło zrozumienie jak to ogarnąć. Do okienka podchodzą wszyscy pasażerowie tak, by strażnik mógł po kolei zidentyfikować osoby z paszportów. W tym momencie strażnik może także sprawdzić ubezpieczenia, zieloną kartę oraz upoważnienie do używania pojazdu. U nas sprawdzono wszystko oprócz ubezpieczeń, a także poproszono o wykonanie ksero wszystkich dokumentów w budynku obok. Paszporty zwrócono nam wcześniej, a karteczkę otrzymaliśmy po dostarczeniu kopii dokumentów. Przy ostatniej bramce oddajemy karteczkę i możemy opuścić granicę.

Droga powrotna wygląda bardzo podobnie. Nie sprawdzano nam ponownie dodatkowych dokumentów, ale przeszukania samochodów są dużo bardziej dokładne. Strażnik zagląda pod maskę, do schowków w bagażniku, we wszystkie możliwe zakamarki samochodu. Wiele zależy od gorliwości strażnika, ale także samych podróżnych. Osoby podróżujące grupą, ze sporą ilością bagażu są przeszukiwane bardziej pobieżnie, natomiast głównie samotni mężczyźnie bez walizek są dokładniej przeszukiwani. Ceny na Ukrainie są niskie, limity alkoholu (1l powyżej 22% lub  2l poniżej na osobę) i papierosów (2 paczki na osobę) podobnie, więc ludzie szukają sposobów na przemyt. Widzieliśmy kilku kierowców, którzy rzeczywiście gorączkowo upychali paczki papierosów wszędzie gdzie się dało.

Przy długim oczekiwaniu na granicy najlepiej skorzystać z łazienki, kiedy jest w miarę w pobliżu. W tym czasie  w samochodzie lepiej żeby został choć jeden kierowca, bo kolejka może się przesunąć, a my zostaniemy wyprzedzeni, czyli poczekamy sobie jeszcze dłużej. Warto wziąć to pod uwagę.

 

Mieszkanie

 

Od kilku lat na wyjazdach korzystamy z airbnb – klik. Lubimy mieć własną kuchnię, chociażby aby móc zaparzyć własną herbatę, więc wynajęcie całego mieszkania do opcja idealnie dla nas. Jeśli jeszcze nie znacie serwisu, to koniecznie zerknijcie. Na całym świecie można wynająć od właścicieli mieszkania na wyjazdy w bardzo konkurencyjnych cenach i w standardzie, jaki nam się wymarzy. Samo korzystanie z airbnb nic nie kosztuje, dopiero przy rezerwacji naliczane są opłaty serwisowe. Odpowiednia kwota za mieszkanie jest wtedy pobierana z naszego konta przez serwis, ale właściciel otrzymuje płatność dopiero, kiedy przyjeżdżamy.

Teraz wybrałam dwupokojowe mieszkanie w centrum (zaznaczone gwiazdką na mapkach), za które zapłaciliśmy 550zł za 4 noce i 4 osoby. Stan mieszkania było dobry, ale nie poleciłabym go ze względu na bliskość torów kolejowych. Przebywaliśmy w mieszkaniu praktycznie tylko od wieczora do rana i przejazdy pociągów utrudniały nam sen, a normalnego funkcjonowania w takich warunkach sobie nie wyobrażam. Dowiedzieliśmy się o tym na miejscu, bo adres otrzymuje się po rezerwacji, a nikt wtedy jeszcze nie umieścił takiej informacji w swoim komentarzu. Ja to na pewno zrobię.

 

Warto wiedzieć!

 

Język

 

Nie uczyłam się nigdy rosyjskiego czy ukraińskiego, ale mniej więcej znam cyrylicę. Przyznam, że nawet taka podstawowa wiedza bardzo mi się przydawała, bo dzięki niej rozumiałam większość napisów w mieście, potrafiłam przeczytać menu w restauracji czy znaleźć ulicę. Jeżeli chodzi o mowę, było już ciężej. Coś rozumiałam, ale niewystarczająco. Próbowalismy się porozumiewać po polsku lub angielsku i okazało się, że po polsku jest często łatwiej. Wiele osób nas rozumiało, a niektóre nawet nieźle mówiły po polsku.

 

Telefon i Internet

 

Opuszczamy Unię, więc tracimy roaming w przystępnych cenach. 100kb Internetu kosztuje od 1,8 do prawie 5 złotych! Na granicy więc wszyscy wyłączyliśmy przesyłanie danych. Koszt minuty rozmowy podnosi się do około 5zł, a ich odbieranie waha się w granicach 1-5zł, zależnie od operatora.

Najlepiej tuż za granicą byłoby kupić pakiet startowy jakieś sieci  i włożyć kartę w jeden z telefonów. My zrobiliśmy to dopiero we Lwowie. Po włożeniu karty trzeba jeszcze ją aktywować, dzwoniąc na podany numer. Stan konta wynosi 0, ale można korzystać z pakietu Internetu. Dla rozmów trzeba doładować konto.

Prowadziła nas nawigacja z Google Maps, ale po wyłączeniu przesyłu danych nie przestała działać. Jeśli GPS jest włączony, to wczytana wcześniej trasa nadal będzie się pokazywać, jedynie nie zaktualizuje się o nowe informacje. Bezproblemowo udało nam się dotrzeć pod wskazany adres. Mimo to zdecydowaliśmy się na zakup startera, by móc na mieście sprawdzać potrzebne akurat informacje. Cena startera to 30-60 hrywien (około 4,5-7,5zł). W większości kawiarni i restauracji jest WIFI, więc w ten sposób też da się skorzystać z sieci, gdy potrzebujemy.

 

Pieniądze

 

Walutą Ukrainy jest hrywna, obecnie kosztująca około 14 groszy. Warto wstrzymać się z wymianą większej ilości do przekroczenia granicy, bo kurs będzie bardziej zbliżony do tego ustalonego. W Warszawie wymieniliśmy tylko część pieniędzy, po kursie 0,17. To bardzo duża różnica! Dobrze jednak mieć przy sobie trochę hrywien, bo na granicy można zostać poproszonym o skserowanie dokumentów, za co trzeba zapłacić.

Ogólnie ceny na Ukrainie są w większości niższe niż w Polsce. Z polską pensją można swobodnie pozwolić sobie na płatne wejścia w różne miejsca oraz posiłki w dobrze ocenianych restauracjach i cenach wyższych niż standardowo, ale nadal zbliżonych do naszych. My prawie wszystkie posiłki jadaliśmy na mieście.

 

Drogi

 

Podczas przygotowań do wyjazdu napotkałam sporo niepokojących informacji. Zaczęłam nawet szukać lotów, ale było za późno, by znaleźć coś w przyzwoitej cenie. Podobno czasami udaje się kupić bilet za 200 zł w obie strony.

Pierwszą problematyczną kwestią były dodatkowe dokumenty, a mieliśmy zaledwie kilka dni, żeby je skompletować. Drugą jest stan dróg na Ukrainie. Tak jak czytałam, nie są najlepsze. Trasa z granicy na Lwów nie jest tragiczna, powiedziałabym, że dużo gorzej jeździ się po samym Lwowie. Wiele ulic to kocie łby oraz szyny tramwajowe. Do tego dochodzi słabe oznakowanie na trasie, np. nie byliśmy pewni, czy wjeżdżamy w teren zabudowany, oraz kultura jazdy pod znakiem zapytania. Włączanie świateł mijania nie jest koniecznie w ciągu dnia. Prędkość w mieście to 60km, a na zwykłej drodze poza nim 90km.

Ostatnią rzeczą jest parking. Czytałam o przypadkach kradzieży polskich tablic, więc chcieliśmy znaleźć strzeżony parking, ale ostatecznie samochód stał nieopodal kamienicy naszego mieszkania. Dzielnice, którymi wjeżdżaliśmy wyglądały bardzo biednie, nie przypominały dużego miasta. Jak wpominałam, mieszkaliśmy właściwie w centrum, a nasza ulica też prezentowała się mizernie, podobnie jak kamienica z zewnątrz. Może to być kwestia bliskości torów, ale ciężko mi to ocenić. Każdego ranka i wieczora zerkaliśmy, czy wszystko ok z samochodem i obyło się bez przygód.

 

Widok na miasto

Co kupić

 

Alkohol i papierosy są popularnymi “pamiątkami” z Ukrainy, ale my nie szukaliśmy tego typu produktów, więc tu nic nie polecę. Wzięliśmy za to sporą ilość krówek Roshen, orzeszki w polewie i sezamie, chałwę oraz kilka butelek kwasu chlebowego. Wszystko to jest naprawdę smaczne! Krówki Roshen (66 hr/kg) są chrupiące z zewnątrz i bardzo płynne w środku. Chałwa (ok. 25hr/200g) smakuje sezamowo i słodko, ale nieprzesadnie, a orzeszki w polewie to dodatkowe urozmaicenie. Kwasu chlebowego (25-50hr/butelka) nie piłam wcześniej w Polsce, ale wiem już, że smakuje podobnie do piwa, ale bez dużej goryczy.

Na stoiskach z pamiątkami znajdują się podobne przedmioty jak w innych krajach. Tradycyjnie można zaopatrzyć się w magnes na lodówkę za kilka złotych, wziąć papier w toaletowy w zabawne grafiki albo zdecydować się na coś bardziej kojarzącego się z Ukrainą. Jest wiele pięknych ozdób do włosów – wianków i opasek (50-150 hrywien) – w kolorowe kwiaty różnej wielkości, mniej lub bardziej eleganckich, na różne okazje. Drugą, ciekawą opcją są haftowane ubrania. Wybór jest bardzo duży: od bawełnianych koszulek (250hr), po lniane koszule i sukienki (950hr).

Oczywiście chciałam przywieźć jakieś kosmetyki, ale nic nie znalazłam. W drogeriach jest to samo, co u nas. Znaleźliśmy małą manufakturę mydeł i peelingów, ale nigdzie nie było składów. Podobna sytuacja miała miejsce z Apothecary, manufakturą kosmetyków, którą polecano na kilku forach. Sprzedawczynie nie mówiły po angielsku, a opakowania nie miały składu INCI. Ich stronę udało mi się znaleźć dopiero po wpisaniu adresu z wizytówki, jaką zabrałam ze sklepu. Po przeczytaniu składów na stronie już nie wróciłam do sklepu.

 

Co ze sobą zabrać na wyjazd

 

Wygodne buty to podstawa. Przez większość czasu we Lwowie poruszamy się chodnikami, ale zdarzają się też piaszczyste ścieżki, kocie łby oraz falujący teren. Jest ciepło, więc wydawałoby się, że sandały to świetny wybór, ale w nich stopa może się przesuwać, ocierać i o kontuzję nietrudno. Sama chodziłam w zwykłych sandałach, i nie był to najlepszy wybór. Lepsze będą sandały do wędrówek lub trampki.

Okulary przeciwsłoneczne to kolejny must have. Na co dzień noszę okulary korekcyjne i powoli ponownie przyzwyczajam się do soczewek. Na wyjazd zrezygnowałam ze zwykłych okularów i postawiłam na soczewki + okulary przeciwsłoneczne. Budynki w mieście dają niewiele cienia, więc słońce świeci prosto w twarz i bez ochrony po prostu nie dałabym rady! Krem z filtrem jest równie niezbędny. Przed wyjściem nakładałam sporą warstwę i do torebki chowałam małą tubkę do aplikacji w ciągu dnia. Jeśli jeszcze nie masz kosmetyku z filtrem, zajrzyj do przeglądu produktów z dobrym składem – kilk.

 

 

Zwiedzanie Lwowa

 

Chociaż mieszkaliśmy w centrum, uliczka i nasza kamienica nie przypominały stanem tego, czego możnaby się spodziewać po głównej dzielnicy miasta. Wjechaliśmy do Lwowa, kiedy powoli zaczynało się ściemniać, szybko się rozłożyliśmy w mieszkaniu i około 22 wyszliśmy na spacer i kolację. Kilka minut od mieszkania miasto zaczęło nabierać kolorów i życia. Od razu dawało się odczuć kontrast tego miejsca, który później podkreślały inne aspekty. Na kolację trafiliśmy do Maestro (ul. Lazeneva) jakieś 40 minut przed zamknięciem. Do wyboru mieliśmy tylko sałatki (~160hr, czyli 22zł),  ze względu na późną porę. Były smaczne, choć raczej niewielkie.

Zwiedzanie przewidzieliśmy na 3 dni. Pierwotnie myśleliśmy, by na Lwów poświęcić 2 dni oraz ostatni dzień spędzić pod miastem. Ostatecznie jednak zdecydowaliśmy się na całe 3 dni we Lwowie, ze zwiedzaniem na spokojnie, zatrzymywaniem się na kolejne posiłki w restauracjach i kawiarniach. Nie chcieliśmy pędzić, aby jak najszybciej i najwięcej zobaczyć, ale znaleźć czas na odpoczynek i zwyczajne cieszenie się z wycieczki. Te 3 dni spokojnie dałoby sie skondensować w 2, gdyby nie było więcej czasu. Miejcie to na uwadze, gdybyście zastanawiali się, na ile zaplanować swoją podróż.

Na Google Maps jest bardzo fajna opcja, gdzie wybrane miejsca można zaznaczyć kategoriami “Ulubione”, “Chcę tam pojechać” albo “Miejsca z gwiazdką”. Na mapie możecie zobaczyć 1 gwiazdkę – nasze mieszkanie, różowe serca, czyli restauracje oraz zielone chorągiewki, czyli miejsca do zobaczenia. Mieliśmy jeden telefon z Internetem (mój mąż), ale ja skorzystałam ze wspomnianej opcji i dzięki wcześniejszemu wczytaniu mapy, mogłam z łatwością odnaleźć drogę do tych atrakcji dzięki GPS. Całość zobaczycie na printscreenie mapki powyżej, a miejsca przewidziane na kolejne dni umieściłam w oddzielnych zrzutach ekranu.

Dzień 1

 

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy od przejścia w stronę rynku. Za dnia zobaczyliśmy, że miasto prezentuje się dużo bardziej okazale, niż można się było spodziewać po drodze wjazdu. Śniadanie zjedliśmy w kawiarni Cukor i ten pierwszy wybór był strzałem w dziesiątkę! Troje z nas zamówiło Favourite Waffles, nie za słodkie, bardzo smaczne i ładnie przystrojone sosami, owocami oraz orzechami gofry. Koleżanka zamówiła tosty z jajkiem, szpinakiem i awokado, z których była równie zadowolona. Kawa została podana z ozdobnym wzorem liścia i wg. mnie była akurat nieco słabszym punktem, ale nadal porządnym. Ceny śniadań wahają się pomiędzy 50 a 90 hrywien(13zł), natomiast kawa to wydatek około 35-45 hrywien. Jakość jedzenia jest świetna za tak niskie ceny.

Śniadanie w Cukorze

Już pierwsze miejsce, a mianowicie Dom naukowców, dawniej Kasyno szlacheckie, wywarło na mnie ogromne wrażenie. Weszliśmy za niedużą opłatą (30 hrywien od osoby, dzieci są za 20) i spędziliśmy w środku sporo czasu. Pod budynkiem znajduje się niewielki ogród, a wnętrze jest całe w drewnie – na zdjęciu wyżej zobaczycie wijące się schody z rzeźbioną balustradą. Część pomieszczeń jest zdobiona na złoto, wyściełana czerwony materiałem lub zawiera marmurowe elementy, jak kominek. Taras jest równie piękny, choć w nieco innym stylu. Wcześniej było tu kasyno i miejsce spotkań lwowskiej śmietanki przed wojną, teraz jest opcja wynajęcia go jako set filmowy albo miejsce na ślub. To moim zdaniem jeden z najpiękniejszych zabytków we Lwowie!

Dom naukowców

Lwowski Uniwersytet Narodowy im. Iwana Franki, najstarszy uniwersytet na Ukrainie, także zauroczył mnie swoim wnętrzem. Zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz jest w stonowanych, beżowych barwach. Zdobią go klasyczne kolumny i delikatne rzeźbienia, tak że całość wygląda prosto, ale niezwykle efektownie. Główny hall i schody są wprost stworzone do pamiątkowych zdjęć, z czego oczywiście skorzystałam 🙂 Budynek Politechniki nie przypadł mi tak do gustu, ale zapadły mi w pamięć damskimi toaletami, gdzie po raz pierwszy widziałam dość specyficzne klozety – to trzeba zobaczyć już samemu 😉

Po tej stronie miasta weszliśmy również do Katedry św. Jura, przeszliśmy spory park Ivana Franco, zaraz naprzeciwko uniwersytetu, a także ruiny Cytadeli. Ostatnią atrakcją był Pałac Potockich, do którego nie udało nam się wejść. To kolejny ładny budynek, pod którym znajduje się ulica ozdobiona kolorowymi parasolami. Podobną widziałam w Bukareszcie i chyba jest więcej takich w różnych miastach. Przy okazji przypominam post o mojej podróżnej kosmetyczce – klik, który powstał przy okazji wyjazdu do Rumunii. Może zainspiruje Was do skompletowania własnej na kolejny wyjazd. 

Uniwersytet lwowski

Obiad zjedliśmy w Red Pepper, nieopodal powyższej kawiarni. Gdy pierwszy raz przechodziliśmy koło restauracji, mąż zwrócił uwagę na szyl “pizza – sushi – wok” i stwierdził, że bałby się chyba zaufać miejscu, które ma taki szeroki rozrzut propozycji kulinarnych. Zdziwił sie nieco, kiedy właśnie to to miejsce zaproponowałam na obiad. Zupełnie nie było się czego bać. Karta rzeczywiście jest bardzo różnorodna: pizze, makarony, sushi, sałatki, woki. My wybraliśmy makarony: bolognese i w sosie alfredo z krewetkami (150 hrywien) oraz pizze: marheritę (85 hrywien) i jakąs wariację z szynką. O ile alfredo było mdłe i dosypałam porządną porcję pieprzu, to pizza była przepyszna. Powiedziałabym, że jedna z lepszych, jakie jadłam. Sam lokal jest przyjemnie urządzony, a drzwi wejściowe mają klamkę w kształcie ostrej papryczki. Niestety zapomniałam zrobić zdjęcia.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy Forum Lviv, czyli galerię handlową. Wzięliśmy na próbę krówki, chałwę i inne słodycze oraz chipsy o smaku kraba i wasabi do spróbowania po kolacji w domu. To była dobra okazja do sprawdzenia czegoś nowego. W galerii natknęliśmy się na takie same marki jak u nas, np. Reserved, Zara, czy Orsay. Liczyliśmy na dość niskie ceny, obniżone dodatkowo sezonowymi wyprzedażami. Okazały się być porównywalne do polskich, niektóre były niższe, chociaż zdarzały się i wyższe, np. w Zarze.

 

Dzień 2

 

Śniadanie tego dnia i kolejnego oraz mrożoną kawę na wynos wzięliśmy w Lviv Croissant. To sieć, która ma sporo lokalizacji i specjalizuje się w croissantach z różnym nadzieniem. O ile kawa jest tragicznie mdła, to croissanty smakowały nam na tyle, że wróciliśmy drugi raz. Próbowaliśmy na słodko, z tuńczykiem oraz z szynką. Ceny są w granicach około 30 hrywien za większość, do 55 za wersję z łososiem. Rogaliki są spore, smaczne i niedrogie. Czego chcieć więcej?

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wspięcia się na kopiec widokowy Wysokiego zamku. Najpierw trzeba wejść na wzgórze, następnie pokonać schody i dopiero wtedy przejść ścieżkę wyłożona kamieniami na szczyt kopca. Kamienie były dość wyślizgane, więc trzeba bardzo uważać, ale na szczęście wokoło była barierka. Widok jest wart zachodu, chociażby spędzić na górze zaledwie moment i zerknąć na Lwów z wysokości.

Miejsce, które wybraliśmy na drugie śniadanie jest typowo wegańskie. W Vegano Hooligano (inaczej om nom nom), do wyboru mamy skomponowane miski, hot dogi, burgery oraz możliwość samodzielnego ułożenia talerza – ok. 10 hrywien za dodatek. Ja zamówiłam m.in. hummus, frytki w dodających ciekawego smaku przyprawach, mocno przyprawionego, smakującego mielonym falafela oraz warzywne chipsy z marchewki. Wszystkie kawy są podawane z mlekiem roślinnym: na zimno kokosowe, a na ciepło do wyboru wiele innych. Po raz pierwszy spróbowałam mleka z orzechów laskowych, które było charakterystyczne w smaku i pasowałoby mi do wielu koktajli, ale w kawie było przeciętne.

Cmentarz łyczakowski

Po drodze zerknęliśmy na monaster św. Onufrego, cerkiew św. Mikołaja, uniwersytet medyczny oraz jego ogród botaniczny, po czym przeszliśmy spory kawałek aż do cmentarza. Nie przepadam za takimi miejscami i nie czułam się komfortowo robiąc tam zdjęcia, chociaż ostatecznie kilka Wam tu pokazuje. Na cmentarzu łyczakowskim znajdują się pomniki m.in. Ordona i Konopnickiej. Ciekawostką jest historia pomnika z psami: psy zmarłego przychodziło na jego grób, aż zdechły, a wtedy żona zbudowała im figury, by już zostały z panem. Za cmentarzem łyczakowskim znajduje się cmentarz obrońców Lwowa, na którym leżą m.in. uczestnicy bitwy o Lwów z obu stron, w tym młodzież ze szkół średnich i wyższych, zwana Orlętami Lwowskimi, skąd pochodzi druga nazwa miejsca – cmentarz orląt. Koszt biletu na zwiedzanie cmentarzy to 30 hrywien.

 

Dach Domu legend
Dom legend

Na uwagę zasługuje też taras restauracji Dom legend, która znajduje się w wysokiej kamienicy. Na górę wchodzimy krętymi schodami, na każdym piętrze znajdują się sale restauracyjne, a na dachu taras z widokiem na lwów oraz słynny trabant, w którym można zrobić sobie zdjęcie. My wybraliśmy salę biblioteczną, w której spędzilismy godzinę obiadową. Zjedliśmy bardzo tanio i tradycyjnie: barszcz (50hr), bigos, placki ziemniaczane z jasnym sosem z grzybami oraz banosz, czyli gotowaną na śmietanie mąka kukurydziana, posypana bryndzą, skwarkami – każde za 80 hrywien. Piliśmy kwas chlebowy oraz kawę po lwowsku, czyli z likierem kawowym, cynamonem i odrobiną wiśni. Porcje były niewielkie, ale smaczne. Zdecydowanie warto odwiedzić to miejsce. Po obiedzie wróciliśmy do domu Uberem, za który zapłaciliśmy zaledwie parę złotych (50 hrywien w wersji Select). Po mieście poruszaliśmy się pieszo i myślę, że skorzystanie z Ubera jest tutaj najlepszą opcja, jeśli potrzebujecie szybko pokonać kawałek drogi.

Lampa gazowa

Po chwili odpoczynku po sporej liczbie kilometrów tego dnia wróciliśmy jeszcze na rynek na kolację. Zjedliśmy ją w kolejnym ciekawym budynku, Gas light, podobnie jak Dom legend składającym się z kilku pięter. Z parteru na pierwsze piętro prowadzą bardzo wąskie schody, więc zastosowano tu ciekawe rozwiązanie – po wciśnięciu przycisku zapalamy zielone światło, a osoby, które chcą zejść widzą czerwone i muszą poczekać, aż do nich dotrzemy. Tutaj zjedliśmy sałatki (około 80 hrywien) i pieczone kiełbaski (około 100 hrywien) – prosto i smacznie.

 

Dzień 3

 

Na ostatni dzień zostawiliśmy sobie ścisły rynek. Po śniadaniu w Lviv Croissant obeszliśmy dwa targi: Dobrobyt i Wernisaż. Pełno na nich wspomnianych wcześniej ubrań w kolorowe hafty, ciepłych skarpet, kolczyków, naszyjników, obrazów i różnych drobiazgów. Stamtąd trafiliśmy do podwórko zapomnianych zabawek, które jest dokładnie tym, na co wskazuje nazwa. Pełne jest starych misiów, samochodzików itp., które znalazły tu miejsce, gdy były już niechciane przez swoich właścicieli.

Podwórko zapomnianych zabawek

Na kawę w przerwie zwiedzania zajrzeliśmy do kawiarni ormiańskiej Virmenka. W kilku opiniach przeczytaliśmy, że podają świetną kawę ormiańską parzoną na piasku (30-40 hrywien). Kawa ta przypomina espresso, może być słodzona jeszcze w dzbanuszku podgrzewanym w gorącym piasku w specjalnym pojemniku. Jak dla mnie zawiera za dużo “mułu”, który trochę unosi się na powierzchni i jest zbyt kwaśna. Zwykłe latte jednak jest porządne.

Pomnik Adama Mickiewicza

Na rynku widzieliśmy sporą liczbę kościołów: cerkiew Przemienienie Pańskiego, katedra ormiańska, bazylika archikatedralna, kaplica Bojmów, cerkiew uspieńska oraz katedra dominikańska, która mnie spodobała się najbardziej. Ogólnie w wielu kościołach panuje spory przepych, m.in. w formie sporej ilości złoceń, za którym nie przepadam. Wolę klasyczną prostotę. Niestety kilka miejsc było zamkniętych, w tym włoskie podwórko pięknie prezentujące się na zdjęciach oraz Manufaktura Kawy podobno serwująca najlepszą kawę w mieście. Bardzo żałuję, że nie udało nam się jej spróbować. Dodatkowo zajrzeliśmy do apteki-muzeum, rzuciliśmy okiem na arsenał, basztę oraz pomnik Adama Mickiewicza. Podczas spaceru odwiedziliśmy sporo sklepików z pamiątkami, które znajdują się na każdym kroku. Warto wstąpić również do pracowni/fabryk czekolady, których widzieliśmy ze trzy, na dobre czekoladki.

Atlas

Na obiad wybraliśmy kawiarnię/restaurację Atlas mieszcząca się w starej kamienicy, gdzie kiedyś spotykali się sławni poeci. Wystrój restauracji nawiązuje do tamtych lat, a salę którą wybraliśmy, zdobią portrety rycerzy. Co do jedzenia mamy mieszane odczucia. Zamówiliśmy bogracz (95 hrywien), czyli węgierski kociołek, który okazał się wodnisty i bez smaku, smacznego pstrąga w pesto (175 hrywien), ale bez jakiegokolwiek (?!) dodatku, kurczaka marynowanego w soku pomarańczowym podanego z czerwonym ryżem (125 hrywien) oraz niezłą miseczkę z ciasta z leśnymi grzybami (85 hrywien). Frappe nieco brakowało smaku, ale lemoniada była pyszna. Większość z nas wyszła średnio zadowolona.

Opera lwowska

Po obiedzie i szybkim odświeżeniu w mieszkaniu wybraliśmy się do opery. Koleżanki kupiły bilet tuż po przyjeździe, ale my zdecydowaliśmy się dopiero dzień wcześniej, więc zostało niewiele biletów. Ceny zaczynają się już od 50 hrywien i sięgają 400. Nasze kosztowały 100 i 120, czyli niecałe 20 złotych za osobę! Nasze miejsca, te nieco droższe, znajdowały się na trzecim balkonie z boku sceny i niestety sporo nie widzieliśmy. Poszliśmy na balet składający się z 2 części: Szecherezada oraz Carmen. Nie jestem znawcą baletu, ale uważam, że Szecherezada była raczej przeciętna, a Carmen świetna. Z zachwytem słuchałam znanych już utworów granych na żywo przez orkiestrę oraz wariacji na ich temat oraz oglądałam piękną choreografię pełną emocji, np. przepełnioną wrogością scenę sporu kobiet walczących o mężczyznę albo wzruszającą próbę uwiedzenia go przez jedną z nich, gdy ten ma oczy tylko dla drugiej. Myślę, że zdecydowanie warto wybrać się za takie pieniądze do opery, nie powinniście żałować.

Kumpel

Naszym ostatni, kulinarnym punktem była restauracja Kumpel. Nie byłam przekonana co do pójścia do niej, bo widziałam różne opinie, wyszłam jednak zadowolona. Spróbowaliśmy pierogów (51 hrywien) z ziemniakami i grzybami (brakowało im trochę smaku), placka (109 hrywien) nadziewanego szpinakiem, grzybami i mięsem (przepyszny!) oraz sałatek. Moja była ciekawym połączeniem smaków warzyw (awokado, pomidory itp.) z pieczonymi kawałkami sera, boczkiem oraz sosami musztardowym i buraczkowym (107 hrywien). Fajną nowością były tutaj lody o smaku piwa. Ze swojej strony mogę polecić to miejsce.

Po kolacji jeszcze zrobiliśmy sobie kolejny spacer po rynku. Ten chyba podobał mi się bardziej, bo nie było tak gorąco, a restauracje oświetlały uliczki, które zapełniają przechodnie i uliczni artyści, z których niektórzy wywoływali fale zachwytu. Na tym spacerze skończyło się nasze zwiedzanie Lwowa.

 

Podsumowując…

 

Uważam, że warto wybrać się do Lwowa na kilka dni. Ukraina jest na tyle blisko, że możemy podróżować samochodem, albo wybrać szybszy samolot. Lwów to jedyne miasto, jakie odwiedziliśmy na Ukrainie, ale widać tam rozwarstwienie: biedne dzielnice płynnie przechodzą w piękny rynek. Wiele jeżdżących po ulicach samochodów praktycznie się rozpada, ale sporo jest także np. BMW. Dodatkowo da się zauważyć obsesję na punkcie produktów Apple, bo sklepy są na każdym rogu oraz epatowanie logo znanych marek.

Widzieliśmy większość miejsc we Lwowie polecanych do zobaczenia, ale mnie osobiście najbardziej podobał się Dom naukowców oraz spacer po rynku, bez wyszczególniania zabytków. Jeżeli chodzi o jedzenie, na śniadanie bardzo polecam Cukor oraz rogaliki z Lviv Croissants, a na obiad i kolację tradycyjne dania z Domu Legend, pizzę z Red Pepper oraz sałatki i placek w Kumplu. Jedzenie w restauracjach wychodzi naprawdę tanio, więc to świetna okazja, by spróbować nowych smaków. Całość kosztów, wliczając wszystkie wyjścia, paliwo, nocleg, a także prezenty, jakie przywieźliśmy znajomym, wyniosła 1100zł za naszą parę. Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że to świetny wynik.

 

To kto zamierza się wybrać do Lwowa?

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o