Kosmetyki naszej rodzimej marki Nacomi stworzyły u mnie ostatnio sporą gromadkę. Dzisiaj więc szybkie recenzje kolejnej partii produktów, które zdążyłam już zużyć.
Wszystkie trzy produkty należą do serii nowości, które pojawiły się podczas zeszłych wakacji. Muszę przyznać, że bardzo ciekawej i dość udanej. Formuła i działanie pudrów jest zaskakująco odmienne od znanych mi myjadeł, serum bardzo przyjemne w użyciu, a maseczki bazują na hydrolatach, co bardzo rzadkie, szczególnie przy tak przystępnej cenie.
SPIS TREŚCI
Rose Face Mask – Maska Różana łagodząco-uspokajająca
Jak już wyżej wspomniałam, hydrolat oraz sok aloesowy na początku składu nieco mnie zaskoczyły. Marki przeważnie jednak decydują się tradycyjnie na wodę w tym miejscu, która wychodzi zdecydowanie taniej. Tutaj jednak bazą są wody roślinne, co bardzo mnie cieszy ze względu na większe właściwości pielęgnacyjne takich produktów. Lubię obie te substancje: róża to jeden z moich ulubionych hydrolatów, która podobnie jak aloes działa łagodząco, kojąco i nawilżająco.
To nie jedyne substancje w składzie wykazujące takie właściwości. Muszę przyznać, że ten jest naprawdę ładny z jednym drobnym wyjątkiem (Disteareth-100 IPDI, gdzie istnieje niewielkie prawdopodobieństwo zanieczyszczenia trującym tlenkiem etylenu). Mamy tu łagodzący nagietek, nawilżający prawoślaz, hialuron, glicerynę i drożdże, a także substancje wzmacniające naczynka i ograniczające rumień, jak escyna z kasztanów oraz ekstrakt z ruszczyka.
Rose Face Mask stanowi więc ciekawą i niedrogą propozycję dla cer naczyniowych, niezależnie od ich rodzaju, wymagających nawilżenia, wsparcia dla delikatnych naczynek oraz uspokojenia zmian rumieniowych lub drobnych stanów zapalnych.
Rosa Damascena Flower Water (hydrolat różany), Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok aloesowy), Aqua (woda), Glycerin (substancja nawilżająca), Disteareth-100 IPDI (emulgator, regulator lepkości), Butylene Glycol (substancja ułatwiająca przenikanie), Hydrolyzed Glycosaminoglycans (substancja nawilżająca), Althaea Officinalis Root Extract (ekstrakt z prawoślazu), Rosa Rugosa Flower Extract (ekstrakt z róży), Ruscus Aculeayus Root Extract (ekstrakt z ruszczyka), Centella Asiatica Leaf Extract (ekstrakt z wąkroty azjatyckiej), Calendula Officinalis Flower Extract (ekstrakt z nagietka), Sodium Hyaluronate (substancja nawilżająca), Hydrolyzed Yeast Protein (hydrolizowane proteiny drożdżowe), Hyaluronic Acid (substancja nawilżająca), Panthenol (substancja nawilżająca), Glycoprotein (substancja nawilżająca), Ammonium Glycyrrhizate (regulator pH), Escin (wyciag z kasztanowca), Sodium Benzoate (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), Sodium PCA (substancja nawilżająca), Dehydroacetic Acid (konserwant), Parfum, Citric Acid (regulator pH), Copper Gluconate (glukonian miedzi), Benzyl Alcohol (konserwant), Sodium Citrate (regulator pH), CI 45100 (barwnik)
Po zachwycaniu się składem przyszedł czas na odkręcenie słoiczka. Opakowanie jest plastikowym, różowym pojemniczkiem skrywającym równie różową maseczkę – o dość intensywnym kolorze i zapachu. Nacomi znane jest z mocnych zapachów swoich produktów, co jedni lubią, a inni nienawidzą.
Ja jestem gdzieś pośrodku. Wszystko zależy od zapachu oraz czasu, przez jaki się on utrzymuje. Istotna jest dla mnie również liczba substancji zapachowych w składzie INCI, gdyż im ich więcej, tym większe ryzyko podrażnień i alergii. Tutaj to słodki zapach róż, który na skórze powoli wyparowuje, więc nie był on dla mnie problemem.
Maseczka w konsystencji przypomina mi miód i żel w jednym. Na skórze zachowuje się bardzo podobnie jak ten pierwszy – w opakowaniu lejąca, podczas aplikacji jakby się zbryla i potrzebuje chwili, by pozwolić na rozprowadzenie na skórze. Ostatecznie można nią pokryć skórę dość łatwo, stopniując grubość nakładanej warstwy.
Muszę w tym momencie się do czegoś przyznać. Nie przepadam za tego rodzaju maseczkami, które są swego rodzaju żelem i w dużej mierze wchłaniają się w skórę, zostawiając napięta, jakby foliową powłokę. To któryś z kolei produkt, który się tak zachowuje, a ja tego nie lubię. Już od momentu, gdy zajrzałam do opakowania, maseczka miała u mnie minus.
Czy jednak słusznie? I tak, i nie. Maseczka po zaschnięciu częściowo wsiąka w skórę, pozostawia jednak odrobinę lepką, błyszcząca warstwę. Jej grubość można stopniować i odkryłam, że więcej wcale nie znaczy lepiej. Podobny rezultat można osiągnąć już nakładając odrobinę bardzo cienką warstwą. Ja nakładałam ją również pod oczy i na usta, zgodnie z sugestią producenta.
Największym minusem kosmetyku jest dla mnie jego zmywanie. Owa warstwa jest bardzo trudna do usunięcia wodą i potrzeba poświęcić na to sporo czasu i cierpliwości. Nie wymaga ona dużego tarcia, ale dokładnego przemywania i emulgowania pozostałości miejsce po miejscu. To problematyczne i mało przyjemne przeżycie.
Ostatecznie jednak efekt nieco wynagradza nam trudny. Maseczka bowiem pozostawia po sobie dawkę nawilżenia. Ta nie jest imponująca, ale skóra staje się bardziej miękka i gładka, choć nie tak mile pulchna, jak po niektórych maseczkach silnie nawilżających. Mam po niej również wrażenie delikatnego ukojenia rumieńca na policzkach, a także kilku zaczerwienień związanych z podrażnieniami, które pojawiały się w trakcie miesięcy, gdy jej używałam.
Maseczka Rose Face Mask zaimponowała mi swoim składem, ale działanie nie jest do niego współmierne. Do tego jej formuła należy do najmniej lubianych, jakie znam, więc nie wróżę nam wspólnej przyszłości. Jeśli jednak Wy lubicie takie miodowe żele, to jak najbardziej warto ją wypróbować. Innej maseczki na hydrolatach za 30zł nie znajdziecie 🙂
White Black Face Mask – Maska Biało-Czarna
Druga maseczka również bazuje na nawilżającym i przeciwzapalnym soku aloesowym. Tuż za sokiem znajduje się biała glinka pochłaniająca sebum oraz niacynamid pomagający regulować pracę gruczołów łojowych, zwalczać przebarwienia oraz odbudowywać barierę hydrolipidową. To jeden z moich ulubionych składników, podobnie jak olej jojoba, który ogranicza wydzielanie sebum i świetnie chroni skórę przed czynnikami zewnętrznymi.
Muszę również wspomnieć o takich dodatkach jak biotyna, czyli witamina B7 i pirydoksyna, czyli wit. B6, działające antyłojotokowo i przeciwzapalnie, co szczególnie cenne dla cer problematycznych. Interesujący jest ponadto dodatek aminokwasu treoniny pobudzającego syntezę kolagenu i elastyny w skórze oraz kwasu tłuszczowego laurowego o właściwościach antybakteryjnych.
Żeby jednak nie było aż tak pięknie, w składzie INCI wypatrzyłam Sodium Polyacrylate, składnik konsystencjotwórczy, który powstaje przy udziale trującego kwasu akrylowego, który może uwalniać. Nie jest to wielkie ryzyko, ale warto je znać.
Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok aloesowy), Kaolin (biała glinka), Niacinamide (niacynamid), Aqua (woda), Glycerin (substancja nawilżająca), Simmondsia Chinensis Seed Oil (olej jojoba), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron), Cannabis Sativa Seed Oil (olej konopny), Sodium Polyacrylate (składnik filmotwórczy), Charcoal Powder (węgiel aktywny), Aloe Barbadensis Leaf Extract (ekstrakt z aloesu), Panthenol (substancja nawilżająca i łagodząca), Zea Mays (Corn) Starch (wypełniacz), Hydrolyzed Yeast Protein (hydrolizowane proteiny drożdżowe), Mannitol (substancja nawilżająca), Biotin (wit. B7/H), Allantoin (substancja łagodząca), Threonine (aminokwas), Disodium Phosphate (regulator pH), Ethyl Cellulose (zagęstnik), Pyridoxine HCl (wit. B6), Potassium Sorbate (konserwant), Lauric Acid (kwas laurowy), Dehydroacetic Acid (konserwant), Citric Acid (regulator pH), Sodium Benzoate (konserwant), Polyglyceryl-10 Stearate (emulgator), Benzyl Alcohol (konserwant), Silica Dimethyl Silylate, Parfum (substancja zapachowa), Phenoxyethanol (konserwant), CI 7789 (barwnik)
Jak tym razem skład przekłada się na działanie? Maseczka ma bardzo ciekawą konsystencję, choć trudną do określenia. Swoją spójnością przypomina budyń, jednak zawiera wyczuwalne drobinki. Te są też ewidentnie widoczne już po aplikacji na skórę. Co ciekawe, w opakowaniu maska jest białoszara, natomiast podczas nakładania, pod wpływem tarcia zmienia kolor na czarny. Czerń jest wynikiem dodatku węgla drzewnego, składnika silnie oczyszczającego i ściągającego.
W tej czerni natomiast widać białe drobinki – jak podejrzewam – niacynamidu lub glinki. Nie wiem jak otrzymano efekt zmiany koloru, ale osobiście wolałabym, żeby maska była jednolitą, dobrze połączoną masą. Już tłumaczę dlaczego! Podczas trzymania maski na twarzy miewam wrażenie swędzenia skóry i zastanawiam się, czy nie jest to przypadkiem związane z nierozpuszczonymi drobinkami niacynamidu, który normalnie jest używany w formułach w stężeniu do 10%. Nie jest to efekt bardzo nieprzyjemny, ale zastanawiający.
Maseczka delikatnie przysycha na skórze, ale nie ma przy tym uczucia ściągnięcia bądź wysuszenia, podobnie jak już po zmyciu. Samo zmywanie również nie jest problematyczne, bo maska spłukuje się bardzo łatwo, choć brudzi umywalkę lub wannę. Co otrzymujemy już po zmyciu?
Nie miałam wielkich oczekiwań co do efektów i rzeczywiście efekty nie okazały się specjalnie duże. Skóra po użyciu maski jest jakby delikatnie napięta, ale nie przesuszona lub spięta jak po silnym myjadle. Da się na niej wyczuć odrobinę zmiękczenia i po niektórych użyciach miewałam również wrażenie, że pory wyglądają na węższe.
Choć skutki stosowania nie są zbyt spektakularne, jest to produkt bardzo przyjemny w użyciu i ciekawy już chociażby przez samą zmianę koloru oraz bazę w postaci soku aloesowego, białej glinki i niacynamidu. Myślę, że warto mu dać szansę, bo to świetne składniki dla cer potrzebujących oczyszczenia i regeneracji. | porównywarka cen
Glow Serum – rozjaśniająco-złuszczające serum
Serum rozjaśniająco-złuszczające to kolejny produkt o ładnym składzie, który powinien działać jak sama nazwa sugeruje. Opiera się on na kilku kwasach oraz ekstraktach roślinnych również w takie kwasy bogatych. Mamy tutaj kwasy winowy, jabłkowy, mlekowy, glikolowy oraz ekstrakty z klonu i trzciny zawierające ów kwas, a także ekstrakt z cytryny zawierający kwas cytrynowy.
Wszystkie wspomniane kwasy należą do grupy AHA, czyli alfahydroksykwasów. Działają one złuszczająco na wierzchnie warstwy naskórka, przez co odsłaniają młodsze, zdrowe warstwy. Redukują więc drobne zmarszczki, niedoskonałości i przebarwienia oraz poprawiają ogólny wygląd skóry. Mają różnej wielkości cząsteczki, przez co niektóre z rodziny działają silniej niż pozostałe, jak np. kwas glikolowy, najsilniejszy z nich.
Choć w serum mamy niskie stężenia, to w połączeniu mają one prawo zadziałać. Nie spodziewałabym się od razu dużych rezultatów, jak po serii zabiegów kwasowych u kosmetyczki, bo oczywiście jest to nie do osiągnięcia takimi kosmetykami, jednak jako wsparcie dla lekko poszarzałej cery wymagającej odnowy, jak najbardziej można sięgnąć po taki kosmetyk.
Aqua (woda), Acer Saccharum (Sugar Maple) Extract (ekstrakt z klonu), Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract (ekstrakt z pomarańczy), Citrus Limon (Lemon) Fruit Extract (ekstrakt z cytryny), Saccharum Officinarum (Sugarcane) Extract (ekstrakt z trzciny cukrowej), Vaccinium Myrtillus Fruit Extract (ekstrakt z borówki), Glycerin (substancja nawilżająca), Niacinamide (niacynamid), Lactic Acid (kwas mlekowy), Glycolic Acid (kwas glikolowy), Glycoprotein (substancja nawilżająca), Yeast Extract (ekstrakt z drożdży), Hydrolyzed Glycosaminoglycans (substancja nawilżająca), Sodium Hyaluronate (substancja nawilżająca), Glycogen (substancja nawilżająca), Cellulose (substancja konsystencjotwórcza), Hectorite (substancja konsystencjotwórcza), Malic Acid (kwas jabłkowy), Tartaric Acid (kwas winowy), Mannitol (substancja nawilżająca), Xanthan Gum (zagęstnik), Citric Acid (regulator pH), Magnesium Ascorbyl Phosphate (witamina C), Benzyl Alcohol (konserwant), Parfum (substancja zapachowa), Dehydroacetic Acid (konserwant), Copper Gluconate (glukonian miedzi), Sodium PCA (substancja nawilżająca), CI 45100 (barwnik)
W praktyce serum jest bardzo łagodne dla skóry i w ogóle nie czuć, że używa się kwasów. Ich miks jest dodatkowo łagodzony zawartością wielofunkcyjnego niacynamidu oraz sporej liczby substancji nawilżających, które w wielu przypadkach działają także łagodząco.
To zdecydowanie plus, bo nie ma efektów ubocznych w postaci łuszczenia, zaczerwienienia, czy pieczenia. Serum jest bardzo przyjemnym płynem o delikatnie różowym zabarwieniu i zapachu wiśniowego kisielu, o nieco rozwodnionej konsystencji. Tym razem zapach należy do bardziej stonowanych niż w przypadku większości produktów marki, co uważam osobiście za plus.
Ta lejąca konsystencja pozwala na łatwą aplikację odpowiedniej porcji nabieranej pipetką z buteleczki z mlecznego szkła. Płyn nie zbryla się, nie lepi na skórze i nie daje efektu tłustości. Wchłania się prędko i praktycznie niezauważalnie, szczególnie przy nakładaniu na tonik lub z kremem.
40ml to spora pojemność, z której zrobiłam odlewki, a sama obficie aplikowałam na twarz, szyję i dekolt. Używałam serum ze sporą przyjemnością, ale nie mogę powiedzieć, by jakoś specjalnie poprawiło moją cerę. Tuż po nałożeniu skóra była zmiękczona i ogólnie zdawała się lepiej nawilżona, może minimalnie rozświetlona. Miałam nadzieję, na nieco więcej, chociaż jednocześnie rozumiem, że dla uzyskania takich efektów potrzebne byłyby wyższe stężenia kwasów, a te polecam robić u wyspecjalizowanej osoby. | porównywarka cen
Pyłek oczyszczająco-przeciwtrądzikowy
Dochodzimy do gwoździa programu, czyli doprawdy niecodziennego myjadła, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, a nawet zachwyciło! Znam już pudry myjące na bazie glinek, ale to coś jeszcze innego. Powiedziałabym nawet, że poziom wyżej!
Czym różnią się te formuły? Zarówno pudry, jak i pyłki to proszki zawierające glinkę i inne dodatki, natomiast w pyłkach zawarto detergenty w proszku, które reagują pod wpływem wody. Działa to tak, że po wysypaniu odrobiny na dłoń i dodaniu sporej ilości wody trzeba przez chwilę potrzeć mieszankę w dłoniach, by substancje się połączyły. Jeśli wody było niewiele, otrzymamy konsystencję żelu, a jeśli dodaliśmy więcej, będzie to spieniony żel o sporych oczkach, prawie pianka.
Spienienie zawdzięczamy delikatnym substancjom myjącym: Cocamidopropyl Betaine i Sodium Lauroyl Sarcosinate. Bazę pyłku stanowią tymczasem mika i ziemia okrzemkowa, ale znajdziemy również pochłaniająca sebum skrobię kukurydzianą oraz glinki białą, bardzo delikatną i zieloną, dostosowaną bardziej do cer tłustych, mieszanych, działającą bardziej oczyszczająco. Olej z pestek migdałów odżywia skórę podczas mycia i wraz z ekstraktem z oliwek ograniczają podrażnienia i możliwe działanie wysuszające.
Podoba mi się tu dodatek niacynamidu, jednego z moich ulubionych składników, bo wielofunkcyjnych. Witamina B3 bowiem wykazuje właściwości regulujące wydzielanie sebum, przeciwzapalne i wzmacniające barierę ochronną skóry oraz poprawia jej elastyczność i nawilżenie, a także pobudza syntezę kolagenu i ogranicza powstawanie przebarwień. Czy to nie brzmi pięknie? Brzmi i takie jest, bo wszystko to nie są czcze obietnice dla danego składnika, a potwierdzone działanie. Oczywiście tutaj mamy go niewiele, ale warto szukać go w innych kosmetykach i włączyć do swojej pielęgnacji.
Mica (wypełniacz), Sodium Carboxymethyl Starch (regulator lepkości), Solum Diatomeae (ziemia okrzemkowa, zagęstnik), Sodium Lauroyl Sarcosinate (substancja myjąca), Kaolin (biała glinka), Montmorillonite (zielona glinka), Zea Mays (Corn) Starch (zagęstnik, wypełniacz), Cocamidopropyl Betaine (substancja myjąca), Niacinamide (niacynamid), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej z pestek migdałów), Olea Europaea Seed Powder (puder z nasion oliwek), Parfum (substancja zapachowa)
Wracając do samego pyłku, mycie skóry tak sworzoną pianką jest bardzo przyjemne. Konsystencja wychodzi różna, jak już wspomniałam zależnie od ilości dodanej wody. Zawsze jednak w produkcie na skórze da się wyczuć maleńkie drobinki glinek i innych sproszkowanych składników. Nie są drażniące, ostre, czy drapiące, ale podczas mycia ma się wrażenie, że łagodnie suną po skórze w swego rodzaju emulsji i pomagają ją oczyszczać. To uczucie trudne do porównania do czegokolwiek, bo nie miałam jeszcze do czynienia z tak specyficzną formułą.
Stosowałam pyłek do porannego mycia. W tej konfiguracji był dla mnie najwygodniejszy przez proszkową formułę. W drugim etapie, po demakijażu pod prysznicem, byłoby to dość problematyczne i mogłoby skończyć się dostaniem wody do pojemnika. Opakowanie jest plastikowym słoiczkiem z sitkiem, przez które przesypuje się pyłek. Na pewno więc by się go nie stłukło, co najwyżej lekko poturbowało przy upuszczeniu mokrymi dłońmi. Ryzyko dostania wody jednak jest zbyt duże, by zdecydować się na takie zastosowanie.
Pyłek okazała się delikatny dla mojej skóry. Nie powodował uczucia przesuszenia lub ściągnięcia tuż po zastosowaniu ani na dłuższą metę, przy codziennym stosowaniu. Do tego to bardzo wydajny produkt. W słoiczku jest go zaledwie 20g, co wydaje się niewielką ilością, ale na raz wysypuje się go odrobinę, więc wystarcza na dłuuugie tygodnie. Podobnie nie mam zastrzeżeń co do zapachu – co prawda w opakowaniu jest intensywny, ale po zmieszaniu na dłoni łagodnieje i nie przeszkadza swoją siła podczas mycia. |porównywarka cen
Jak widzicie mam nieco mieszane wrażenia na temat nowości Nacomi. Produkty mają ładne składy, ale niekoniecznie przełożyły się one u mnie na odpowiednie działanie. Maseczka nie przypadła mi do gustu przez żelowo-miodną formułę, jakiej nie lubię, podczas gdy serum daje bardzo ograniczone efekty na mojej skórze. Najbardziej przemawia do mnie pyłek, którym z chęcią myję twarz co rano. Planuję również zakup innej wersji, rozświetlającej z ekstraktem z żurawiny. Jeśli i Wy nie miałyście do tej pory styczności z takim myjadłem, to polecam spróbować – jeszcze też trzecia wersja z węglem 🙂
Skusiło Was coś spośród tej partii nowości? Dajcie znać!
Polecane powiązane treści
czyli Anna Kochanowska – miłośniczka pielęgnacji skóry bazującej na naukowych faktach.
Blog powstał z pasji, która doprowadziła mnie na studia z kosmetologii bioestetycznej i codziennie skłania do zdobywania nowej wiedzy.
Jeśli sama regularnie chcesz dowiadywać się więcej o pielęgnacji, kosmetykach i akcesoriach, które Ci w niej pomogą, zaglądaj na annemarie.pl!
Kosmetyki Nacomi są świetne. Mój ulubiony to olejek do demakijażu, a z pośród wymienionych w artykule to będzie zdecydowanie maska różana 🙂
Mi się zdecydowanie najbardziej podobał pyłek 🙂
Mam dokładnie ten sam pyłek z Nacomi i mam również wersję niebieską – oczyszczający. Używam od pół roku i nadal jestem w nich zakochana. Starcza na długo, gdy wiemy jak się z nim obchodzić. Polecam serdecznie! ☺️
Ja bym chętnie wypróbowała jeszcze rózowa 🙂