Pielęgnacja za dnia i w nocy z Pure by Clochee: krem kojąco-łagodzący i krem-maska

Jeśli to tylko możliwe, to chętnie wybieram kosmetyki polskich marek. Ostatnio wszystkie moje kremy były właśnie polskiej produkcji, choć akurat przypadkowo. Oba omawiane dzisiaj kremy wykazują szeroki wachlarz właściwości, więc istnieje szansa, że każda z Was znajdzie tu coś dla siebie!

Kremy Pure by Clochee mocno się od siebie różnią, każdy jest innej konsystencji, nada się na inną porę dnia oraz prawdopodobnie spełni odmienne potrzeby różnych typów cery. Moja jest mieszana, z wrażliwymi, lekko naczyniowymi policzkami oraz tłustą, zaskórnikową strefą T. To nie lada wyzwanie dla jednego kremu, więc używałam kilku, by odpowiedzieć na każdy z problemów. Oto jak się spisały 🙂

Pure jest marką należącą do Clochee, producenta naturalnych kosmetyków ze Szczecina. Kosmetyki z serii Pure by Clochee można kupić jedynie w sieci drogerii Hebe, której została dedykowana. Moje pierwsze spotkanie z tymi kosmetykami miało miejsce, zanim Pure pojawiło się jeszcze na rynku, bo brałam udział w testach przed jej wypuszczeniem. Trafił do mnie krem kojąco-łagodzący, którego używałam zimą, na przełomie 2018/2019 roku. Krem był mniejszą wersją, więc tylko na szybko opowiem o nim kilka słów.

 

Krem kojąco-łagodzący

 

Kremu kojąco-łagodzącego używałam i na dzień, i na noc. Sprawdzał się dobrze w obu rolach dzięki swojej lekkiej, bardzo szybko wchłaniającej się konsystencji. Co prawda chwilę po nałożeniu był nieco lepki, ale ta lepkość zaraz znikała nie pozostawiając żadnej nieprzyjemnej warstwy. Zapach również jest lekki, słodkawy, ale nie uciążliwy. Co do działania, to przyznam, że obawiałam się masła kakaowego w składzie. To jest mocno komedogenne w czystej postaci, ale w tej formule zupełnie nie zrobiło mi krzywdy.

W INCI znajdziemy ponadto multifunkcyjne masło shea, hydrolat z róży, oliwę, olej z krokosza, czy ekstrakty z arniki, żywokostu, lipy i nagietka działające pozytywnie na naczynia krwionośne, czy stany zapalne. Miks ekstraktów bardzo dobrze się tu sprawdza, bo regularnie stosowany krem rzeczywiście działa łagodząco. Moje wrażliwe policzki, wystawiane na niskie temperatury i ogólnie niesprzyjające zimowe warunki, miały się lepiej podczas używania kremu.

Myślę, że krem mógłby sprawdzić się u osób o cerze podatnej na podrażnienia, z pierwszymi oznakami słabych naczyń krwionośnych, chociaż celowałabym w typ normalny lub suchy, gdzie w razie potrzeby można dodać kilka kropelek wzmagającego nawilżenie kwasu hialuronowego i ulubionego oleju. Na cerze tłustej sam mógłby być wystarczający, ale jeśli przy okazji pory łatwo się zapychają, uważałabym mimo wszystko na wspomniane masło kakaowe.

 

Aqua (woda), Glycerin (gliceryna, humektant), Ethylhexyl Cocoate (emolient), Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate (emolient, emulgator), Caprylic/Capric Triglyceride (emolient), Olea Europaea (Olive) Husk Oil (olej z łusek oliwy), Cetearyl Alcohol (emolient), Rosa Damascena Flower Water (hydrolat różany), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter (masło shea), Glyceryl Stearate SE (emolient, emulgator), Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter (masło kakaowe), Arnica Montana Flower Extract (ekstrakt z arniki górskiej), Symphytum Officinale Root Extract (ekstrakt z liści żywokostu), Tilia Cordata Flower Extract (ekstrakt z kwiatu lipy), Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Extract (ekstrakt z nasion lnu), Tocopherol (witamina E), Saccharide Isomerate (humektant), Carthamus Tinctorius (Safflower) Oil (olej z krokosza barwierskiego), Calendula Officinalis (Calendula) Flower Extract (ekstrakt z kwiatu nagietka), Olea Europaea (Olive) Fruit Oil (oliwa z oliwek), Citric Acid (regulator pH), Phytic Acid (regulator pH, chelator), Sodium Citrate (regulator pH, konserwant, maskuje zapachy), Sodium Benzoate (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), Dehydroacetic Acid (konserwant), Benzyl Alcohol (konserwant), Sodium Hydroxide (regulator pH), Parfum (aromat), Citronellol (aromat), Geraniol (aromat), Hexyl Cinnamal (aromat), Hydroxycitronellal (aromat), Limonene (aromat), Linalool (aromat)

Krem-maska

 

Drugi krem to zupełnie inny kaliber ciężkości i uważam, że jego nie użyje się raczej na dzień. Znaczy można próbować, ale sama nie polecam 🙂 Krem-maska jest gęsty jak masełko, ale bez jego tłustości. Rozprowadza się podobnie, z delikatnym poślizgiem ułatwiającym aplikację. Nakładanie go na skórę wilgotną od hydrolatu lub serum dodatkowo ułatwia sprawę. Krem nie do końca się wchłania, pozostawiając na twarzy warstwę, która zdaje się napinać skórę. Słyszałam głosy, że tworzy nieprzyjemną, ściągającą skórę maskę, ja jednak odczuwam to jako do pewnego stopnia napięcie.

Używałam go codziennie przez 2,5 miesiąca jako krem na noc i przyznam, że dopiero pod koniec opakowania wpadłam na pomysł zastosowania go w roli maski. Nie mam pojęcia, dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej, skoro nawet producent w nazwie kosmetyku sugeruje takie rozwiązanie. Podczas gdy na co dzień nakładałam 2 pompki, w roli maski podwoiłam tę ilość. Za pierwszym razem nałożyłam krem zupełnie jak maskę, rozsmarowując ją lekko na skórze i pozostawiając białą warstwę. To akurat nie był najlepszy pomysł, bo zaschła na skórze, zamiast się w nią wchłonąć. Musiałam zrolować jej resztki, żeby móc położyć się spać. Następnym razem już wklepałam znaczną część, więc maska się wchłonęła.

Już podczas używania produktu w roli kremu, cera o poranku wyglądała na porządnie odżywioną, była mięciutka i w dobrym stanie. Przy nałożeniu grubszej warstwy w roli maseczki efekt był jeszcze lepszy. Po tej pierwszej, średnio udanej maseczkowej próbie, aż byłam zaskoczona, jak świetnie zareagowała moja skóra. Kolejnego dnia była cudownie gładka i napięta. Przestałam używać kosmetyku jako krem i zupełnie przestawiłam się na maseczkowanie 2-3 razy w tygodniu przy jego pomocy, aż do dobicia dna.

Dodatkowym atutem jest bardzo przyjemny zapach – słodki, malinowy, ale nie przesadzony w żadną stronę. Na taki liczyłam w przypadku kremu malina od Mokosh, który okazał się mocny i sztuczny, jak granulowana herbatka malinowa. Ten kremu-maski Pure by Clochee jest znacznie ładniejszy, dość intensywny, ale zarazem delikatny i powoli ulatniający się ze skóry, pozostawiając jedynie cień pierwotnego aromatu malin. 

 

Aqua (woda), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter (masło shea), Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil (olej słonecznikowy), Caprylic/Capric Triglyceride (emolient), Glyceryl Stearate SE (emolient, emulgator), Cetearyl Alcohol (emolient), Glyceryl Stearate Citrate (Emulgator), Glycerin (substancja nawilżająca), Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil (olej z pestek malin), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (olej ze słodkich migdałów), Glycyrrhiza Glabra Extract (ekstrakt z korzenia lukrecji), Hippophae Rhamnoides Fruit Extract (ekstrakt z owoców rokitnika), Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil (olej z pestek winogron), Solanum Lycopersicum (Tomato) Seed Oil (olej z nasion pomidora), Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Seed Oil (olej z nasion żurawiny), Lycopene (likopen), Tocopherol (witamina E), Panthenol (substancja łagodząca, nawilżająca), Dipotassium Glycyrrhizate (humektant, substancja łagodząca), Sodium Hyaluronate (humektant), Allantoin (substancja łagodząca), Phytic Acid (regulator pH, chelator), Sodium Citrate (regulator pH), Xanthan Gum (zagęstnik), Sodium Benzoate (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), Dehydroacetic Acid (konserwant), Benzyl Alcohol (konserwant), Sodium Hydroxide (regulator pH), Parfum (aromat), Limonene (aromat), Linalool (aromat)

 

Krem-maska ma naprawdę ładny, bardzo odżywczy skład. Bazuje na wielofunkcyjnym maśle shea, działającym jak opatrunek na wszelkie dolegliwości oraz ciekawych olejach: silnie antyoksydacyjnym malinowym, łagodzącym stany zapalne i poprawiającym koloryt skóry rokitnikowym, kojącym i odżywczym żurawinowym, regenerującym migdałowym – ten należy do nieco cięższych olei, ale jest mniej więcej w połowie składu, więc nie powinien być kłopotem nawet dla bardziej problematycznych cer. Bardzo ciekawym składnikiem jest olej z pestek pomidora bogaty w likopen, łagodzący podrażnienia, rozjaśniający przebarwienia, zwalczający wolne rodniki, a nawet wspierający cery trądzikowe, zanieczyszczone czy naczynkowe.

Dodatkowo mamy jeden z moich ostatnio ulubionych ekstraktów – lukrecję oraz drugą substancję z tej rośliny Dipotassium Glycyrrhizate. Lukrecja ma udowodnione działanie kojące, antyalergiczne i łagodzące podrażnienia, do tego stopnia, że jest świetnym składnikiem dla osób z AZS czy trądzikiem różowatym. Dodatkowo zmniejsza zaczerwienienia, wzmacnia naczynka, reguluje wydzielanie sebum oraz działa antybakteryjnie i przeciwgrzybiczo oraz depigmentacyjnie. Łagodzące działanie lukrecji wspierają alantoina i pantenol, które wraz z hialuronem i gliceryną dbają także o nawilżenie naskórka. To bardzo udane połączenie składników, które powinno dobrze odżywić każdą cerę i pomóc na różnorodne problemy, z jakimi możemy się borykać.

Właściwości masła shea – klik

W ofercie Pure by Clochee mamy aż cztery kremy dostosowane do różnych potrzeb cery. Używany przeze mnie krem łagodzący i krem-maska dość znacznie różnią się od siebie, ale oba dobrze sprawdzają się na mojej cerze. Ten pierwszy jest dobry zarówno na dzień i na noc, dla lubiących lżejsze konsystencje, natomiast krem-maska jest idealny na wieczorną pielęgnację, czy to w roli kremu, czy maski nałożonej grubszą warstwą.

Oba kremy wykazują działanie łagodzące i odżywcze oraz pięknie pachną. Znajdują się w wygodnych opakowaniach airless o pojemności 50ml. Moja tubka kremu-maski była prezentem do testu od marki, natomiast jeśli Wy jesteście zainteresowane którymkolwiek z nich, to można je znaleźć w Hebe w cenie 55-60zł. To o połowę niższe ceny niż standardowa linia Clochee, ale nie miałam jeszcze żadnego z kremów z tej linii, żeby porównać ich jakość. Kiedy jednak poużywam kosmetyków Clochee, które niedawno otworzyłam, na pewno też dam Wam znać, co o nich sądzę 🙂

Miałyście już coś z serii Pure by Clochee dla Hebe? Jakie są Wasze wrażenia?

 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o