Ateny w 3 dni – co zobaczyć, gdzie zjeść? Mini-przewodnik dziewczyny lubiącej spacery miejskimi uliczkami

Ateny to miasto dobrze wpisujące się w moje wakacyjne założenia. Lubię spacerować po nieznanych ulicach i odkrywać zabytki lub ciekawą architekturę. Dlatego moim ulubionym miastem na ten moment jest czeska Praga. Podczas nauki historii najbardziej lubiłam tę starożytną, więc kiedy wybierałam kolejny kierunek, Grecja była dobrą opcją.

Nasza cała podróż trwała 6 dni, wliczając w to dzień przylotu i odlotu oraz dzień na wybrzeżu. Samo zwiedzanie Aten zajęło nam 3 dni, ale zupełnie się z tym nie spieszyliśmy. Wcześniej podzieliłam mapę miasta na 3 części, wybrałam miejsca, w które pójdziemy danego dnia oraz restauracje w okolicy, w których moglibyśmy zjeść. Ateny da się zobaczyć w 2 dni, zamiast 3, ale wymaga to już narzucenia sobie większego tempa. Jest do zrobienia w weekend, jeśli komuś na tym zależy, ale nasz cel był zupełnie inny. Chcieliśmy zobaczyć wszystko, ale spacerem, nie w biegu, by się nie przeforsować i odpocząć od pracy przy biurku.

 

Transport

 

Do Aten najłatwiej dostać się samolotem. My polecieliśmy tanimi liniami z Modlina, z jedną walizką na dwie osoby. W zupełności nam ona wystarczyła, szykowaliśmy się bowiem na dobrą pogodę i zabraliśmy lekkie ubrania i buty, które oczywiście zajmują mniej miejsca. Ja zabrałam mnóstwo butów, bo mam “królewskie stopy”, które ociera prawie wszystko. Wygodne buty to podstawa na kilka dni chodzenia. Od razu polecam też, żeby nie były białe lub z trudnego do czyszczenia materiału. W mieście jest pełno pyłu, który osiada na budynkach, samochodach i wszędzie, gdzie się da. Po każdym spacerze buty są do umycia.

Lotnisko znajduje się około godzinę drogi od miasta. Poza taksówką, można się tam dostać niebieską linią metra, na którą pojedynczy bilet kosztuje 10 euro lub autobusem, np. X95 na plac Syntagma, za 6 euro. Pierwszy, co rzuciło mi się w oczy, jak tylko wjechaliśmy do Aten, była ciasnota. Ruch uliczny jest duży, pełno jest samochodów, taksówek, autobusów i turystów. Mnóstwo uliczek jest jednokierunkowych i bardzo wąskich, co dodatkowo utrudnia poruszanie się po mieście. Dojazdy zajmują przez to znacznie więcej czasu, bo często nadrabia się drogę krążąc pomiędzy uliczkami, robiąc łuki i zawijasy. Miałam też wrażenie, że wśród kierowców panuje wolna amerykanka. Sporo z nich prowadzi motory i skutery, bez kasku, wpychając się pomiędzy samochody. Właściwie piesi nie są lepsi, bo przechodzą gdzie się da, nieraz wyskakując spomiędzy zaparkowanych samochodów. Sama nie miałabym nerwów, by tu prowadzić. 

Już w mieście kupiliśmy pięciodniowe bilety, na których można jeździć wszystkimi typami komunikacji w zakresie miasta oraz na wybrzeże. Koszt biletu na 5 dni to 9 euro, natomiast na pojedynczy przejazd 1,4 euro. Jeśli pojedziemy więcej niż 6 razy, to się zaczyna opłacać. Z jednej strony taki bilet może nie być potrzebny, jeśli mieszka się gdzieś w okolicach centrum, ale są sytuacje, gdy się przydaje. Dobrze móc podjechać kilka przystanków, kiedy nie ma się już siły iść albo mocno świeci słońce. My dodatkowo, czwartego dnia, już zupełnie na luzie, pojechaliśmy do Glyfady nad morze, także na miejskim bilecie. Bilet obejmuje wszystkie linie metra, w tym niebieską dochodzącą aż do lotniska, ale na tę konkretną trasę już trzeba kupić oddzielny bilet, jak wyżej wspominałam.

 

Nocleg

 

Od kilku lat jako baza do poszukiwań noclegu służy mi airbnb. Można znaleźć coś w znacznie lepszych cenach niż tradycyjny hotel i bardzo doceniam fakt, że wynajmując całe mieszkanie, do dyspozycji mam kuchnię. Czuję się nieco bardziej jak w domu oraz jeśli tylko mam ochotę, to mogę coś ugotować zamiast jeść na mieście.Tym razem, jako że byliśmy tylko we dwoje, wybraliśmy kawalerkę. Szukałam czegoś jak najbliżej centrum, ale nie w dzielnicy Omonia, która uchodzi za niebezpieczną – przeważnie ma niższe ceny od reszty, ale czasem lepiej odrobinę dopłacić. Ostatecznie mieliśmy zaledwie kilka minut pieszo do stacji metra Kerameikos, gdzie właściwie można zacząć zwiedzanie.

 

Zwiedzanie

 

 

Zamiast zaczynać od razu przy Kerameikos, skorzystaliśmy z metra, by dostać się na plac Syntagma i od tej strony zacząć spacer. Tutaj udało nam się zdążyć akurat na zmianę warty pod parlamentem. To dość widowiskowe wydarzenie odbywające się co godzinę. Reprezentacyjnie ubrana formacja wojskowa, tzw. ewzoni, prezentuje całą choreografię, zanim ustawi się przed grobem nieznanego żołnierza. W niedziele o 11 ceremonia jest jeszcze bardziej widowiskowa, bo dołącza do niej orkiestra, ale nam nie udało się tego zobaczyć. Myślę, że już zwykła zmiana jest sporą atrakcją – zarówno ze względu na stroje, jak i na dopracowaną, idealnie zgraną choreografię żołnierzy. Jeśli zaś chodzi o parlament, jego też można zwiedzać, ale tylko  w czerwcu, lipcu i październiku, i trzeba się wcześniej zapisać. Ja niestety dowiedziałam się o tym za późno. Wszystkie informacje znajdują się tutaj – klik.

Mieliśmy pomysł, by na początek obrać za cel stosunkowo trudniejsze miejsca, tzn. takie, gdzie trzeba dojść spory kawałek lub przejść gorszą ścieżką, np. pod górę. Zaczęliśmy więc od wspinaczki na wzgórze Lycabettus, z którego rozciąga się ładny widok na całe Ateny. Dobrym pomysłem może być wejście na nie o zmierzchu, ale my moglibyśmy już nie mieć na to siły o takiej porze, więc wybraliśmy je na punkt startowy. Na wzgórze można też wjechać kolejką elektryczną za 7 euro, jednak droga nie jest aż tak wymagająca, by się na to decydować, jeśli tylko ma się zdrowe nogi i nieco zapału. Korzystając nadal z początkowego animuszu, pokonaliśmy kolejny większy (jak na zwiedzanie Aten :)) kawałek, żeby dotrzeć do parku, w którym znajduje się pomnik Ateny Partenos, następnie sporego ogrodu narodowego, z małym zwierzyńcem i stawem z uroczą kładką, przez który przeszliśmy, żeby zobaczyć Zappeion służący kiedyś jako miejsce igrzysk olimpijskich, a obecnie jako centrum kongresowe. 

Po dojściu do końca parku, dociera się do świątyni Zeusa olimpijskiego,  za którą znajduje się łuk Hadriana. To pierwsza z ruin na naszej trasie. Zachowało się jedynie kilka kolumn świątyni, które mimo wszystko imponują swoją wielkością. Świątynia to płatna atrakcja, którą wystarczy zobaczyć zza krat, ale można też kupić karnet do wszystkich najważniejszych ateńskich zabytków, na których liście znajduje się i ta świątynia. Pakiet kosztujący 30 euro jest ważny przez 5 dni i uważam, że warto go kupić, jeśli planuje się i tak zobaczyć te miejsca. Warto też wiedzieć, że przez kilka dni w roku wszystkie wejścia są darmowe – ich daty oraz więcej info o karnecie znajdziesz tutaj – klik.

Wydawałoby się, że zobaczyliśmy niewiele, ale tego dnia zrobiliśmy sporo kilometrów. Na tyle dużo, by wrócić metrem, po drodze zabierając coś na kolację, zamiast wychodzić do restauracji. Przy takiej ilości chodzenia zawsze mam przy sobie plastry, a ostatnio także ochronny sztyft, którym smaruję stopy w miejscach styku z butami. W wysokich temperaturach najlepiej sprawdzają mi się sandały, ale w plecaku miałam dodatkową parę krytych butów z grubsza podeszwą, które zakładałam m.in. przy podejściu na wzgórze, a potem na niektóre trudniejsze tereny. Jeśli macie podobny problem, to dobrze przemyślcie swój wybór butów, żeby móc przetrwać te wszystkie kilometry.

Drugiego dnia ponownie zaczęliśmy przy metrze, ale tym razem po to, żeby zobaczyć cmentarz Kerameikos, gdzie chowano bogatych greków jeszcze 5 wieków przed nasza erą. Tuż obok znajdują się ruiny Pompejonu, czyli miejsca gdzie toczyły sie przygotowania do najważniejszego festiwalu starożytnych Aten, Panatenajów upamiętniających narodziny bogini Ateny. W drodze z cmentarza w stronę placu Kotizia trafiliśmy na małą uliczkę, gdzie po prostu nie czułam się bezpiecznie. Pełna była mężczyzn, a jedyna kobieta, jaką widziałam, nosiła hidżab. Dodam, że w upale byłam ubrana w krótką sukienkę i  widząc rzucane mi spojrzenia, odczuwałam niepokój, idąc dalej. Można mówić różne rzeczy o tolerancji i akceptowaniu innych kultur, ale wszystko ma swoje granice i taką granicą dla mnie jest poczucie bezpieczeństwa.

Kolejne punkty są coraz bliżej siebie. Główne zabytki i najciekawsze miejsca właściwie leżą jedno obok drugiego. Miło przespacerować się przez plac Monastiraki, który w niedziele zmienia się w pchli targ, a potem spojrzeć na katedrę Zwiastowania Matki Bożej. Zdecydowanie godnym odwiedzenia miejscem jest Anafiotika, czyli część dzielnicy Plaka. Ten niewielki fragment zabudowy przywodzi na myśl greckie wysepki ze zdjęć – białe budynki i wąskie uliczki porośnięte zielenią. Momentami trzeba się przez nie przeciskać, ale warto tam zajrzeć, żeby poczuć bardziej wyspiarski klimat. 

Kilka minut spaceru i dochodzimy do Forum rzymskiego, które także znajduje się w pakiecie wykupionym wcześniej. Najlepiej zachowała się Wieżą wiatrów, która służyła jako wieża zegarowa, a następnie jako kościół. Dla mnie najciekawsza jednak okazała się wystawa w jednym z budynków na tym terenie. Wystawa zdjęć z II wojny światowej okiem niemieckich żołnierzy podczas okupacji Aten. To mieszanka zdjęć profesjonalnych fotografów towarzyszącym wojskom, odpowiadających za wizualną propagandę oraz amatorskich ujęć, tym lepiej obrazująca narzucany reżim i pokazująca od kuchni jego sposób działania, np. radosne powitania żołnierzy przez Greków, czy umieszczanie swastyki na Akropolu.

Na trzeci dzień zwiedzania zostawiliśmy sobie te najbardziej popularne miejsca. W końcu weszliśmy na Akropol, który większość zwiedza już pierwszego dnia 🙂 Bilet na niego jest w pakiecie turystycznym, o którym wcześniej wspominałam. Wzgórze można obejść dokoła, najlepiej zaczynają od południowego zbocza, gdzie zaraz za bramkami biletowymi znajduje się Odeon Heroda Attyka, teatr zbudowany w rzymskim stylu, nadal wykorzystywany na koncerty i przedstawienia. Nie można na niego wejść, ale zza  bramy, ze wzgórza rozciąga się ładny widok. Już parę kroków dalej mamy kolejne ruiny – teatru Dionizosa. Następnie można się cofnąć, lub przejść wokoło wzgórza i wspiąć się po stopniach na główną jego część. Prowadzą tam Propyleje, czyli brama złożona z szeregu kolumn. Na wzgórzu wznoszą się Świątynia Nike, obrończyni miasta przynoszącej Ateńczykom zwycięstwo w bitwach, ruiny Partenonu na cześć Ateny Partenos (dziewicy) będącego prawie ciągle w renowacji oraz Erechtejon poświęcony Posejdonowi, bogowi mórz i Atenie. Wszystko to olbrzymie budowle sięgające kilka wieków przed nasza erą, zbudowne m.in. z marmuru i zdobione kolumnami w stylu jońskim i doryckim.

Na koniec został nam teren Agory Ateńskiej z kilkoma budynkami w świetnym stanie. Szczególnie dobrze wygląda zrekonstruowany portyk – Stoa attalosa – hala targowa, a zarazem miejsce spotkań w starożytnych czasach. Po zniszczeniu i wielu latach jako element fortyfikacji, została odbudowana stosunkowo niedawno, bo w latach 50 i obecnie służy jako muzeum. Hefajstejon natomiast to świątynia wzniesiona w imię patronów rzemiosła, z długimi rzędami kolumn w stylu doryckim, używana jako kościół, a potem wpisana na listę zabytków narodowych. To jeden z najlepiej zachowanych budynków z czasów starożytnych. Wejście na teren Akropolu oraz Agory znajduje się na karnecie turystycznym.

Każdego dnia przechodzilismy kilkanaście kilometrów, zatrzymując się na kawę lub jedzenie i wracaliśmy zmęczeni. Dałoby się skondensować te 3 dni do 2, ominąć niektóre elementy, jeśli nie ma się na nie czasu, ale obrane tempo było dla nas najlepsze. Na ostatni dzień pojechaliśmy nad wybrzeże,na plażę w Glifadzie, również na bilecie miejskim. Spacer nad wodą i trochę czasu na piasku z książką to dobre zakończenie dość intensywnego zwiedzania!

 

Jedzenie

 

Jako że mieliśmy własną kuchnię, śniadania i czasem kolacje jedliśmy w domu. Ceny w osiedlowych sklepach wydawały mi się wysokie, a jedzenie niezbyt smaczne – jajka nijakie, a chleb tekturowy, za to pomidory miały więcej swojskiego smaku – jak z ogródka babci, nie z marketu. Podczas jedzenia w restauracjach też miałam problem – wszystko jest ciężkie i często opływające tłuszczem. Z tego co zauważyłam, to norma, by zjeść część, a resztę zabierać na wynos. Przy wysokich temperaturach po prostu nie ma się ochoty na ciężkie dania, które serwuje się w wielu miejscach. Inne jednak trudno było nam znaleźć. Najlżejszym, co jadłam, była sałatka grecka (6 euro) w Gyristroula, podana inaczej niż u nas, bo warzywa kroi się w duże kawałki, a na wierzch kładzie plaster fety posypany ziołami. Mąż zamówił gyros (7 euro), który okazał się być tostem z serem i warzywami oraz kurczakiem. Smaczne i duże porcje w dobrej cenie, chociaż po gyrosie spodziewaliśmy się czegoś innego. 

Próbowaliśmy też musaki (7 euro), na którą wybraliśmy się do Savor charms. To mało fotograficzne danie, by wyglądające jak blok mięsno-beszamelowy. Zaskoczyła nas delikatność konsystencji i zupełny brak goryczy plastrów bakłażana. Mąż zupełnie nie przepada za tym warzywem, a dzięki spróbowaniu greckiej musaki może się do niego przekonać, jeśli tylko uda się odtworzyć sposób jego przygotowania. Sama musaka była bardzo ciężka i odrobinę brakowało jej wyrazistego smaku, ale ja lubię sporo przypraw. W Kallipateria zdecydowałam się na coś podobnego do musaki, bakłażana zapiekanego pod pomidorami i serem (7 euro), licząc na nieco lżejszą kuchnię. Było smaczne, ale całość pływała w oliwie i tłuszczu wytopionym z odrobiny sera.

Mama tierra

Podczas zwiedzania zdecydowaliśmy się też na uliczne jedzenie, które łatwo ze sobą zabrać. Pierwsza opcja to jedna z najsłynniejszych budek z falafelami, Falafellas, gdzie rzeczywiście warto wstąpić po pysznego falafela (około 3 euro), ale lepiej wybrać nieco mniejsza ostrość, niż zazwyczaj. Weszliśmy również do Feyrouz, gdzie dla równowagi wzięłam dla mięsnego męża turecki lahmacun (około 3,5 euro) przyprawiony odrobinę na ostro. Falafellas wygrało w ocenie nas obojga. Na szybką kolację po całym dniu spróbowaliśmy też pizzy w Pizza tropical, zaraz obok naszego mieszkania – nieco zbyt słonej, ale w dobrej cenie (6 euro).

Ostatnie dwie restauracje, gdzie zajrzeliśmy, to zupełnie inna kuchnia. W wegańskiej Mama tierra wybraliśmy burgera z grzybami (6,5 euro) oraz burrito z fasola i warzywami (5 euro). To miła odmiana po mięsnych daniach, odrobinę lżejsza, choć nadal sycąca. Natomiast ostatniego dnia poszliśmy do Rakor, gdzie liczyłam na coś rybnego lub owoce morza, co chodziło za mną przez cały wyjazd. Ostatecznie wybrałam grilowany filet z czerwonego tuńczyka z puree z selera (14 euro), a mąż na wieprzowinę w winie z imbirem i puree ziemniaczanym (8,5 euro). Moje danie było chyba najlepszym, jakie jadłam w Atenach, choć byłam wtedy już tak głodna, że zjadłabym o wiele więcej. 

Rakor

Jeśli chodzi o jedzenie, to nie jestem zadowolona z tego wyjazdu. Większość była dla mnie za ciężka, zbyt tłusta, a często po prostu niesmaczna. Najbardziej smakowało mi w Rakor i Falafellas, a mężowi w Mama tierra. O ile jedzenie było mocno przeciętne, to kawa okazała się bardzo ciekawa. Z powodu ciepła zamawialiśmy Cappucino freddo, które okazywało się mocne, intensywne, i chociaż oboje wolimy delikatniejszy smak kawy, w wydaniu na zimno dobrze się sprawdzało. Piliśmy je w Coffee berry, Meliartos (po 2 euro) oraz podobno jednej z najlepszych kawiarnia, Mokka (5 euro). Jakość wszystkich kaw była zbliżona i na wysokim poziomie. Co ciekawe, można było wybierać jedynie pomiędzy espresso lub cappucinno, np. latte nie widziałam w odwiedzanych przez nas miejscach. Cappucinno na pewno warto spróbować 🙂

 

Moje wskazówki

 

Choć Ateny nie zostały moim faworytem, jeśli chodzi o zwiedzanie miast, to warto je odwiedzić, by zobaczyć kawał historii naszego świata. Mnie się najbardziej podobała Agora ateńska z dobrze zachowanymi lub odrestaurowanymi budynkami oraz widok na miasto ze wzgórza Lycabettus, więc polecałabym je odwiedzić. Ateny zaskoczyły mnie też negatywnie – brudem uliczek, chaosem na ulicach i ciężkim jedzeniem. Są miasta i miejsca, gdzie mam ochotę wracać, ale Ateny nie będą jednym z nich.

Jeśli się tam wybierasz, to polecam zaopatrzeć się w  kapelusz i okulary przeciwsłoneczne, by ochronić się przed słońcem. Jako świr na punkcie ochrony antyUV, polecam też kosmetyki z filtrem – przynajmniej 30 (lista kosmetyków z filtrem z  dobrym składem tutaj – klik) oraz żel aloesowy na wieczór, by ukoić skórę wystawioną cały dzień na słońce. Przewiewne ubrania i wygodne, najlepiej łatwe do czyszczenia buty to kolejny wymóg. Nawet jeśli temperatury są podobne jak w Polsce, to jest bardziej duszno. Odpowiednie ubranie jednak pomoże sobie z tym nieco poradzić.

 

Must have: filtr, kapelusz i okulary przeciwsłoneczne.

 

W kwestii jedzenia – wiedząc, co będziemy zwiedzać kolejnego dnia, wieczorem szukałam na mapce restauracji w okolicy, przeglądałam menu, ceny i opinie. To dobra opcja, by znaleźć coś lżejszego do zjedzenia w upały oraz zaoszczędzić, wybierając miejsca z akceptowanymi cenami. Jeśli nie uda się zjeść całości, to popularne, by prosić o pakowanie na wynos – pamiętaj o tym i korzystaj!

 

Szukaj restauracji po opiniach i cenach na Google maps. Zabieraj resztki na wynos.

 

Należę do osób, które nie mają problemu z przechodzeniem dużych odległości, a mimo wszystko przydał mi się bilet turystyczny na 5 dni. W upałach często po prostu wygodnie jest skorzystać z metra – ochłodzić się i zaoszczędzić kilometry. To nie jest obowiązkowy wydatek, ale moim zdaniem warto go zrobić. Koniecznie natomiast trzeba kupić pakiet turysty za 30 euro, w którym znajdują się główne atrakcje miasta – tak jest dużo taniej!

W pakiecie:

  • Akropol
  • oba zbocza Akropolu
  • Agora ateńska
  • muzeum na Agorze
  • Agora rzymska
  • Kerameikos
  • Olimpiejon
  • biblioteka Hadriana
  • Lykeion

 

Wykup pakiet turystyczny, pomyśl też nad biletem na komunikację.

 

 

Kto z Was odwiedził już Grecję? Jakie miejsce polecacie mi jako kolejne?

 

6
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
3 Thread replies
1 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
AnneAgu AgulaHellojza Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Użytkownik

Bardzo fajny przewodnik i piękne zdjęcia! Niestety nigdy nie byłam w Grecji, ale mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni 🙂

Hellojza
Gość
Hellojza

Byłam rok temu w Grecji na Peloponezie i hmmm, nie podobał mi się ten wyjazd. Tak jak piszesz, jedzenie słabe i ciężkie, a dla mnie to ważne, bo moja dieta jest ograniczona. Oczywiście byliśmy również na własnym wyżywieniu, bo zwykle tak podróżujemy. Mi smakowała tam mrożona kawa bez mleka Frappe. Pycha!
A najlepsze jedzenie jadłam na Sycylii. Polecam ;D Tak, ja podróżuję dla jedzenia.
W Atenach nie byłam, Chłop był i podobno nie ma tam nic super jak się mówi.

Agu Agula
Gość

Ciekawy przewodnik. Nie byłam jeszcze w Grecji, ale jak już to wybiorę zapewne jakąś wyspę z urzekającymi widokami 🙂