Miniatury z boksa Terra botanica od Lost alchemy: maseczka do cery wrażliwej Ajeden i krem odżywczy z efektem Wow Tulua

maseczka łagodząca Ajeden | krem wow Tulua annemarie

W październiku w sklepie z naturalnymi kosmetykami Lost alchemy pojawiły się boksy kosmetyczne komponowane przez właścicielkę. Miałam to szczęście, że udało mi się wygrać jeden z pierwszej edycji i dzisiaj chciałabym podsumować dwie miniatury produktów, które się tam znalazły.

Mamy za sobą już kilka edycji Terra botanica i moim zdaniem to naprawdę udane pudełka! W środku za każdym znajdują się zarówno pełnowymiarowe, jak i miniaturowe wersje kosmetyków o ładnych składach. Większość z nich trafia w mój gust, a z tego co zaobserwowałam, także w gust sporej grupy kosmetycznych fanów na Instagramie. Każda edycja to dodatkowo nowy kartonik ze specjalnie zaprojektowaną grafiką – za każdym razem piękną!

Do tej pory zdążyłam już zużyć część produktów, inne natomiast rozdałam w prezentach, jeśli nie pasowały do potrzeb mojej skóry lub powtórzyły się z tym, co już wczesniej kupiłam (żel pod oczy oFiga). Dzisiaj natomiast chciałam opowiedzieć pokrótce o 2 kosmetykach, które choć są miniaturami, pozwalają wyrobić sobie zdanie na swój temat.

 

Maseczka do cery wrażliwej Ajeden

maseczka do cery wrażliwej Ajeden

Pełnowymiarowe opakowanie maseczki zawiera jej 60ml, podczas gdy w miniaturze dostajemy połowę tego, również w szkle jak oryginał. 30ml wystarczyło mi na 2 miesiące stosowania, z cotygodniowym użyciem jednej łyżeczki na pokrycie skóry twarzy.

Zawartość to gęsty, kremowo-olejowy produkt przypominający odżywcze masło do ciała. Jest jednolitej konsystencji, w której nie wyczuwa się drobinek białej glinki, która króluje w składzie. Na skórze rozprowadza się z delikatnym oporem, ale pozwala pokryć ją dość cienką, lepką warstwą, którą następnie pozostawiałam na około 15 minut.

 

Kaolin (biała glinka), Oenothera Biennis Seed Oil (olej z wiesiołka), Borage Seed Oil (olej z ogórecznika), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej z pestek migdałów), Orbignya Cohune Seed Oil (olej babassu), Parfum (substancja zapachowa), Tocopherol (witamina E), Healiantus Annus Seed Oil (olej słonecznikowy)

 

W składzie maseczki mamy mnóstwo olei, co o dziwo nie do końca jest tak wyczuwalne podczas aplikacji, jak podczas jej zmywania. Spłukiwanie należy do bardzo dziwnych doświadczeń! W składzie nie ma żadnych emulgatorów, więc usunięcie kosmetyku wcale nie jest takie łatwe. Potrzebujemy ciepłej wody i dawki cierpliwości, bo to, co zdejmujemy mokrymi dłońmi jest mocno specyficzną, tłustą breją. 

Nie mamy tu emulgatora, nie mamy też substancji nawilżających. Po zmyciu więc na skórze zostaje delikatna, tłusta warstewka. Przez pierwsze minuty daje ona przyjemne wrażenie miękkości i wygładzenia, ale po jakimś czasie ono znika i ewidentnie czuję potrzebę dania skórze odrobiny nawilżenia. Nie powinno to nikogo zaskakiwać, bo maseczka to jedynie glinka i oleje, a w opisie nie ma słowa o nawilżaniu. Myślę, że dobrym rozwiązaniem byłoby nałożenie pod nią kwasu hialuronowego lub nawilżającego serum, jeśli chce się otrzymać dodatkowo taki efekt.

Olejową bazę stanowią tu wiesiołek i ogórecznik, czyli jedne z olei zawierających najwięcej nienasyconych kwasów tłuszczowych GLA o właściwościach przeciwzapalnych i łagodzących. Tego właśnie maseczce nie mogę odmówić – rzeczywiście łagodzi podrażnienia i pomaga zredukować swędzenie takich zmian. A więc robi dokładnie to, czego często potrzebuje wrażliwa cera.

Przy tym produkcie istotnie jest nie mieć zbyt szerokich oczekiwań ponad obietnice producenta. Nie będzie on działał silnie nawilżająco czy oczyszczająco, bo skład mu na to nie pozwala. Da jednak efekt zmiękczenia skóry i złagodzenia nieprzyjemnych zmian. Należy też mieć na uwadze jego tłustą formułę, która nie zmywa się do końca i specyficzny zapach, który pozostaje na ręczniku w cierpko-mdłej formie. W słoiczku pachnie nieco lepiej, jak mieszanka agrestu z dziką różą, ale potem coś się z tym zapachem dzieje i ja osobiście nie mogę znieść go na ręczniku, więc ten szybko wrzucam do prania.

 

Krem odżywczy z efektem wow, Tulua

krem odżywczy wow Tulua

Jak zobaczyłam ten krem, pomyślałam wow 😉 Z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na wysoką cenę, która wynosi 49zł za 15ml, 149zł za 30ml lub 249zł za 60ml. To zdecydowanie stawia krem na półce luksusowej, wśród naturalnych produktów obok Lush Botanicals. Czy jego jakość jednak uzasadnia tę cenę?

No i drugi powód mojego wow, czyli ekstremalnie bogaty skład! Czego tu nie ma! Fajnie, że bazą jest sok aloesowy, ale masło kakaowe dość wysoko sprawiło, że podeszłam do kremu z pewną obawą. Ostatecznie nie spowodowało u mnie kłopotów, ale u cer problematycznych mogą się one jednak pojawić ze względu na jego ciężkość. 

Poniżej zamieszczam skład po polsku, który udało mi się znaleźć jedynie w tej formie. Brakuje mi tradycyjnie zapisanego INCI po angielsku i łacinie. Ta polska wersja jest takim niby ukłonem w stronę konsumenta, ale z drugiej strony, nie wszystko jest z niej jasne. Ja nie mam pojęcia jakich peptydów użyto – pod nazwą “peptydy” może kryć się cokolwiek.

Skład jest bogaty w substancje nawilżające, ekstrakty, oleje, olejki – praktycznie wszystko co potrzebne do szczęścia. Brzmi dobrze, prawda? Otóż nie dla wszystkich, bo chciałabym tu wspomnieć, że takie napakowanie składników w jednym produkcie może się nienajlepiej skończyć. Przy tej liczbie ekstraktów i olejków wcale nie trudno o podrażnienie lub uczulenie. Posiadaczki cer wrażliwych powinny być bardzo ostrożne przy takich kosmetykach!

Jak mi się ostatecznie spisał krem? Pomimo obaw o ciężkie masło kakaowe (tłusta strefa T) i “groźne” bogactwo składu (bardzo wrażliwe policzki), ostateczny efekt okazał się bardzo pozytywny. 15ml kremu w szklanym słoiczku wystarczyło mi na około 3 tygodnie stosowania. Krem pięknie pachnie cytrusami i wygląda na gęsty i zbity, a jednak w dotyku okazuje się być konsystencji piankowego musu.

Dopiero na skórze czuć, że jest rzeczywiście treściwy, ale po chwili nieźle się wchłania, pozostawiając otulający woal. Na moich tłustszych partiach w niektóre dni wydawał się on zbyt ciężki i odrobinę lepki, ale ostatecznie produkt dobrze odżywiał skórę całej twarzy, utrzymywał pożądany poziom nawilżenia, miłą w dotyku gładkość i ogólny dobry stan cery.

Wydaje mi się, że najlepiej z produktu skorzystałyby cery suche i dojrzałe, nie objawiające oznak nadwrażliwości i lubiące się z bogatymi składami. Choć to ciekawy produkt, ja już do niego nie wrócę, bo mam wrażenie, że ten krem to dla mnie aż za wiele. Nie chcę aż tak mocno pobudzać skóry, kiedy ona tego nie potrzebuje.

polskie kosmetyki Ajeden i Tulua

Cieszę się, że mogłam wypróbować te kosmetyki w mini wersjach. To polskie, naturalne kosmetyki w szklanych opakowaniach, a więc w duchu less waste, za co mają u mnie plus. Nie do końca jednak wpisują się one w moje aktualne potrzeby i myślę, że znajdą lepszych odbiorców, niż ja. Krem jest dla mnie o dziwo! za bogaty, a maseczka choć ładnie koi skórę, to jest specyficzna w obsłudze i brakuje jej tego czegoś, co miałoby sprawić, że z chęcią sięgnę po kolejne opakowanie.

 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments